Na ogół nie piszę o książkach (no nie licząc beki ze Zmierzchu sprzed paru miesięcy), ale czasem przydałoby się wyjście ze strefy komfortu (nie cierpię tego wyrażenia, ale i tak go użyłam, pozdro).
Istnieje niewiele książek, które na dłużej przyciągają moją uwagę, a z tą właśnie tak było. Dość oryginalna okładka i ten tytuł.

Nie wiedziałam, kim jest autorka. No dobra, z tyłu okładki znalazły się jakieś informacje, co nie zmienia faktu, że znikąd jej wcześniej nie kojarzyłam. Serio. Gdy poszperałam trochę w Internetach, okazało się, że nic dziwnego - nigdy nie miałam Vivy.
Po dłuższym przemyśleniu sprawy w końcu zdecydowałam się na zakup. To było rok temu lub trochę ponad. Nie pamiętam, co myślałam po przeczytaniu. Tak czy owak, niedawno zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę ponownie. To chyba przez te cytaty krążące po Internetach. I wtedy się zaczęło. Czy Gośka czyta mi w myślach? Ja pierdolę.
Co mamy w środku? Coś w rodzaju luźnych myśli. Taki tam dzienniko-pamiętnik, choć nie do końca, bo nie ma konkretnych dat.
I ostrzegam: to jest mocna rzecz. To nie jest tak, że od razu po przeczytaniu ot tak, bezrefleksyjnie przejdzie się do wykonywania codziennych obowiązków. Możliwe też, że dotychczasowy pierdolnik w głowie jeszcze bardziej się pogłębi, bo nagle wróci to, od czego tak długo się uciekało.
To nie jest opowieść o tym, że jakaś inteligentna, wykształcona laska po dwudziestce uznała, że już koniec z byciem najebaną i naćpaną. A raczej to nie jest tylko o tym. Jest tu dużo o nas samych, nie tylko tych poważnie uzależnionych od czegoś. O lękach i obawach. O poszukiwaniu siebie. O tym, że czasem jest chujowo, a boimy się do tego przyznać. O tym, że czasem nie wyrabiamy w codziennym pędzie. O tym wszystkim, o czym nie mówimy na głos, bo prawdopodobnie spotkamy się z niezrozumieniem.
Na koniec zacytuję fragment, z którym mogłoby utożsamiać się również wielu blogerów:
Boję się pierwszego zapisanego słowa, bo ono już jest kłamstwem, kreacją, jest wynikiem nie tego, co czuję, tylko tego, jak zajebiście chcę napisać.
Twarzoksiążka.
Istnieje niewiele książek, które na dłużej przyciągają moją uwagę, a z tą właśnie tak było. Dość oryginalna okładka i ten tytuł.

Nie wiedziałam, kim jest autorka. No dobra, z tyłu okładki znalazły się jakieś informacje, co nie zmienia faktu, że znikąd jej wcześniej nie kojarzyłam. Serio. Gdy poszperałam trochę w Internetach, okazało się, że nic dziwnego - nigdy nie miałam Vivy.
Po dłuższym przemyśleniu sprawy w końcu zdecydowałam się na zakup. To było rok temu lub trochę ponad. Nie pamiętam, co myślałam po przeczytaniu. Tak czy owak, niedawno zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę ponownie. To chyba przez te cytaty krążące po Internetach. I wtedy się zaczęło. Czy Gośka czyta mi w myślach? Ja pierdolę.
Co mamy w środku? Coś w rodzaju luźnych myśli. Taki tam dzienniko-pamiętnik, choć nie do końca, bo nie ma konkretnych dat.
I ostrzegam: to jest mocna rzecz. To nie jest tak, że od razu po przeczytaniu ot tak, bezrefleksyjnie przejdzie się do wykonywania codziennych obowiązków. Możliwe też, że dotychczasowy pierdolnik w głowie jeszcze bardziej się pogłębi, bo nagle wróci to, od czego tak długo się uciekało.
To nie jest opowieść o tym, że jakaś inteligentna, wykształcona laska po dwudziestce uznała, że już koniec z byciem najebaną i naćpaną. A raczej to nie jest tylko o tym. Jest tu dużo o nas samych, nie tylko tych poważnie uzależnionych od czegoś. O lękach i obawach. O poszukiwaniu siebie. O tym, że czasem jest chujowo, a boimy się do tego przyznać. O tym, że czasem nie wyrabiamy w codziennym pędzie. O tym wszystkim, o czym nie mówimy na głos, bo prawdopodobnie spotkamy się z niezrozumieniem.
Na koniec zacytuję fragment, z którym mogłoby utożsamiać się również wielu blogerów:
Boję się pierwszego zapisanego słowa, bo ono już jest kłamstwem, kreacją, jest wynikiem nie tego, co czuję, tylko tego, jak zajebiście chcę napisać.
Twarzoksiążka.