Kiedyś były ciekawe czasy. Czasy blogów na Onecie. Ukryci pod nickami i niezależnie od stopnia popularności mierzonego w ilości postów wyróżnionych gwiazdką lub braku takowych, pisaliśmy najczęściej o tym, co nam w duszy grało. Co chcieliśmy, kiedy chcieliśmy. Nie zawsze poruszaliśmy tematy będące aktualnie na topie. Nie stosowaliśmy clickbaitów. W niektórych przypadkach nie wiedzieliśmy nawet, jak dany bloger wygląda. Nie wiedzieliśmy, co to zarabianie na blogu. Nie było jeszcze książek Jasona Hunta. Z czytanych przez nas tekstów nierzadko wyłaniało się bogate, niebanalne wnętrze, a nie marka.
Tak, mentalnie wciąż jestem w tamtych czasach. Może dlatego czegoś nie rozumiem. Nie, nie mam nic przeciwko temu, że niektórzy z nas w mniejszym lub większym stopniu na tej swojej pisaninie się wybili. Też chciałabym, by mój blog dotarł do większej liczby osób, nie bądźmy hipokrytami. Ale nie rozumiem, dlaczego ci, którzy tę całą popularność zyskali, czują się w obowiązku ciągle przepraszać. Nakładają na siebie cholerne kajdany.
Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że właśnie to czytasz, a jednocześnie Twojego fanpejdża polubiło co najmniej tysiąc osób, ale jeśli jakimś cudem tu trafiłeś, to musisz coś wiedzieć. Nie musisz przepraszać za to, że jest Ciebie mniej lub więcej w Internetach. Że nie masz weny. Że masz gorszy dzień. Że przez trzy dni nie opublikowałeś czegoś nowego. A nawet i wtedy, gdy tych dni zrobiło się dwadzieścia. To normalne, że poza blogiem masz życie towarzyskie, pracę, inne pasje czy też zwyczajnie w świecie potrzebujesz odpoczynku od miliona internetowych bodźców. Tak, statystyki spadną, ale jeszcze zdążysz to nadrobić. Rób to, co w danym momencie uważasz za słuszne. Nie bądź niewolnikiem bloga.