Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bloger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bloger. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 stycznia 2020
Nie przepraszam za to, co napisałam sto lat temu
Bo niby za co mam przepraszać?
Co niektórzy chyba myślą, że ludzie się nie zmieniają, i to niezależnie od ilości czasu, który upłynął. Bo na co komu samorozwój, poszukiwanie siebie, nowe zainteresowania, zadawanie sobie (i innym, i wujkowi Google) miliona pytań, wyłapywanie własnego głosu stłumionego przez oczekiwania innych, sytuacje i słowa sprawiające, że otwierają nam się oczy i kwestionujemy własne dotychczasowe poglądy...
A może po prostu wygodniej jest im wkładać nas do pewnych szuflad? I jeśli decydujemy się z nich wyjść, w najlepszym przypadku nie są tym szczególnie zachwyceni. W najgorszym czeka nas drama stulecia. Wystarczy na przykład przefarbować włosy na zielono, nie chrzcić dziecka, ujawnić się jako lesbijka, czytać coś tylko ciut ambitniejszego od tabloidów, czy też wychodzić z cienia z własną blogową pisaniną.
Właśnie, blog! To dopiero narzędzie dramy! Ktoś odkopie jakiś twój tekst, najczęściej z epoki kamienia łupanego, ale po co zadawać sobie trud spojrzenia na datę publikacji! To są twoje aktualne myśli i chuj. Doniesie jeszcze komu trzeba i wtedy dopiero się zaczyna! Usuń ten tekst, a najlepiej całego bloga! Przestań pisać te głupoty! A przede wszystkim przeproś.
A przecież to takie grzeczne dziecko było. Takie potulne, posłuszne, idące z prądem, zawsze patrzące na innych. Do przesady miłe, ukrywające własne niewygodne poglądy, i to niezależnie od tego, czy mowa o internetach, czy realnym świecie. Zgadzające się na wszystko. I gdyby ktoś tak chciał zgwałcić tamtą potulną kruszynkę, zrobiłby to bez problemu. Bo prawdopodobnie nie dość, że nawet nie próbowałaby się opierać czy uciec, to jeszcze z jej ust nie padłoby żadne nie.
Na szczęście niektóre grzeczne dziewczynki w końcu się budzą, zauważają, że coś tu nie gra. Że wcale tak nie chcą. I walczą o siebie, o podejmowanie własnych decyzji, o wyrażanie własnych, ale to własnych poglądów, niezależnie od tego, czy mowa o wizycie u rodziny, imprezie u znajomych czy chociażby pisaniu tego nieszczęsnego bloga.
Nie przepraszam za to, co pisałam sto lat temu i nie udaję też, że dawnych tekstów nie było. Wciąż się rozwijam, a to długotrwały proces. Czas na lekkie popuszczenie hamulców w mojej pisaninie!
wtorek, 14 stycznia 2020
6 lat bloga
Kiedy to ten czas tak zleciał? Jak to w ogóle możliwe? Ale takie są fakty. Wtedy, na początku 2 tygodnie dzieliły mnie od 21. urodzin. Czyli młoda i głupia. Pewne rzeczy się nie zmieniają, bo niedługo wybije mi 27 na liczniku, więc tym razem stara i wciąż głupia. Możliwe, że nigdy bym się tu nie zakotwiczyła, gdyby w pewnym momencie Onet tak bardzo mnie nie wkurwiał.
Podobno ogółem odwiedziliście moje skromne progi 115422 razy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Blogspot mocno zawyża statystyki, ale zawsze przez chwilę można się połudzić, że komuś faktycznie chce się te pierdolety czytać.
Dalej 158 obserwatorów, czyli ciut więcej niż mój wzrost :D Też fajna liczba.
205 tekstów tu zasadziłam. Wiele z nich oczywiście napisałabym dziś inaczej, a wśród tych nielicznych, z których jestem w miarę zadowolona, żaden nie zalicza się do tej dziesiątki najpopularniejszych, którą widzicie po prawej stronie. Typowe :D
No i fanpejdż, który jest niby rozwinięciem tej mojej blogowej pisaniny, ale bardziej robi za toaletę internetu. Aktualnie 339 polubień.
Czasem przez te lata zastanawiałam się i wciąż się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam pozwalając na to, by o blogu wiedziało więcej osób. Znaczy się, nie trąbię o nim 24/7, ale też bardzo łatwo jest go znaleźć. Jednak będzie tak, jak jest. To nie czas na wieczne chowanie się w cieniu i może jeszcze przepraszanie za to, że żyję i piszę to, co piszę. Mam w końcu na to miejsce pewne ciekawe plany i chciałabym w końcu je urzeczywistnić. A nie ciągle bawić się w nadmierną zachowawczość jak do tej pory. Bo nawet i w takim wypadku ktoś się do czegoś przypierdoli, bo ludzie już tak mają. Także działam!
Miło mi, że wciąż tu zaglądacie, choć nie ze wszystkim się zgadzacie. I dobrze, bo tak jest ciekawiej!
sobota, 1 czerwca 2019
Usłyszeć swój głos #3
Od dziecka słyszałam, że istotne jest to, co ludzie powiedzą. Nie pytałam siebie jednak, co JA powiem. Nie myślałam, że to ostatnie może być ważniejsze. Mimo to zarówno na papierze, jak i kolejnych blogach pisałam to, co chciałam, choć czasem zastanawiałam się nad możliwymi konsekwencjami takiego stanu rzeczy.
Jakimś cudem wyrosłam na taką trochę buntowniczkę, indywidualistkę, która to pieprzy zasady rządzące współczesną blogosferą. Taką, która działa na tym polu po swojemu. Która nigdy nie korzysta z pomysłów na teksty podrzucanych czasem przez niektórych blogerów. Która czasem klnie, ale nie uważa, by przez to miała ubogi zasób słownictwa.
Może by sobie o tym wszystkim przypomnieć? Wrócić do pisania nawet na takie naprawdę trudne tematy? Nie patrzeć na to, co inni powiedzą? Oczywiście są rzeczy, o których nie chcę pisać dla kilkuset czytelników, ale niech to będzie MOJA decyzja. Czas na szaleństwa jak kiedyś. Czas na rozkręcenie bloga na nowo. Będzie zabawa, będzie się działo.
poniedziałek, 27 maja 2019
Czasem odechciewa mi się pisania bloga
Blog jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie uczę się wyrażania siebie i pisania tego, co myślę. Czasem jednak zastanawiam się, czy sobie nie odpuścić. Bo ludzie wyciągają dziwne wnioski i jestem zmuszona się tłumaczyć, może nawet przepraszać za to, co napisałam.
Swego czasu aż za dużo miejsca na blogu poświęciłam ludziom ograniczonym, którzy pierdolą jakieś szkodliwe bzdety bez pomyślunku oraz nie interesują się niczym ponad to z telewizji czy radia. Swoją drogą, już nie czepiam się o to ostatnie, bo każdy ma prawo interesować się tym, czym chce. W każdym razie ktoś pewnego dnia dodał komentarz o takiej mniej więcej treści, że wszystkich ludzi wrzuciłam do wora z napisem ciemnogród. Prawda jednak jest taka, że wciąż wierzę, że ciemnogród to jednak mniejszość, a większość jednak myśli. Naiwna ja? Może.
Innym razem moja kochana rodzinka bardzo przeżyła tekst, który był dość stary i traktował o świętach Bożego Narodzenia. Tak, ci ludzie pomyśleli, że piszę właśnie o nich. Prawda jednak jest taka, że inspirowałam się powszechnym narzekaniem Polaków w Internetach. Może powinnam była to zaznaczyć na początku/końcu, mój błąd. Ale czy wszystko muszę podawać jak na tacy? A w świętach nie lubię wszechobecnego terroru porządków.
Tych sytuacji było oczywiście więcej, ale pozwolę ich sobie nie przytaczać, bo są zbyt osobiste.
piątek, 12 kwietnia 2019
Puk puk. Można?
Czy nie przeszkadzam może? Czy mogę napisać, co myślę o tym czy owym? A może lepiej się nie wychylać? Może lepiej nie zwracać na siebie uwagi? Może nie napisałabym niczego odkrywczego? Może się ośmieszę tylko? A może jednak pisać?
Jest sobie blog, na który lubię zaglądać. Tak się składa, że jest on dość popularny. Chcę napisać komentarz pod ostatnim tekstem. Jestem jednak świadoma tego, że moje słowa przeczytają tysiące osób. Czy nie lepiej więc po prostu pozostać w roli cichej obserwatorki, jak to najczęściej bywa? Bo mój komentarz pewnie niewiele wniesie do dyskusji. A dawno zrezygnowałam z anonimowości.
Jest sobie strona na Twarzoksiążce mająca na koncie sporo polubień. Jest ona oczywiście publiczna, w związku z czym moje opinie poznać mogą nie tylko ci, którzy ją polubili, ale i znajomi. Chcę się wypowiedzieć pod jednym z postów, ale nie wiem, czy aby na pewno chcę, by WSZYSCY poznali moją opinię. Czyżbym wstydziła się swojego zdania?
I w końcu mój blog. Blog, którego nie czytają tysiące, a najwyżej setki ludzi miesięcznie. Także wydawałoby się, że nie powinnam mieć oporów przed napisaniem tego, co zechcę. A jednak wciąż się waham przed wciśnięciem opublikuj. Gdzie się podziała moja dawna spontaniczność z początków tego bloga?
Na szczęście takie myśli nie towarzyszą mi codziennie. Ostatnio znów czasem wychodzę z cienia. Bo tak. Mam własne zdanie i będę je wyrażać. Ale lubię też tylko obserwować. Obie opcje są w porządku.
piątek, 26 października 2018
Błędy, które popełniam jako blogerka
Z moich niektórych tekstów można wywnioskować, że mam gdzieś zasady rządzące współczesną blogosferą. Jednak nie do końca tak jest. Chciałabym w końcu być czytana przez większe grono osób, może nie zaraz dziesiątki/setki tysięcy, ale dobrze byłoby widzieć tu nowe twarze. Co robię źle i wciąż się na tym przyłapuję?
1. Nie odwiedzam innych blogów.
To jest podstawa podstaw, a nie siedź w kącie, a znajdą cię. Bo niekoniecznie znajdą. Jeśli jakiś tekst u kogoś mnie zainteresuje, dobrze by było zostawić choć krótki komentarz, zaznaczyć swoją obecność. Być może potem ta osoba pojawi się u mnie i tak powoli buduje się grono czytelników.
2. Dłuuugie przerwy.
Nie muszę zaraz publikować nowego tekstu codziennie, ale miesiąc, dwa przerwy to już przesada. A tak mi się zdarzało. Mam sporo pomysłów, więc czemu by ich nie wykorzystać?
3. Za dużo myślę.
Niby to akceptuję, bo taka już moja natura, ale w blogowaniu trochę przeszkadza. I tak czasem zaplątuję się w tych myślach, że pomysł na tekst, który uznałam za świetny, nagle wydaje mi się totalnie bez sensu. I szkoda, że potem kończy jako szkic, często dożywotnio.
wtorek, 25 września 2018
Jak wyróżnić się w blogosferze?
Ostatnio chciałam w końcu wrócić do pisania o książkach lub przynajmniej jednej książce, która dopiero przy drugim przeczytaniu w jakiś sposób mnie poruszyła, a nawet sprawiła, że poleciało trochę łez. Niestety popełniłam typowy błąd: przejrzałam recenzje na lubimyczytac.pl i po niedługim czasie zaczęłam przyłapywać się na myśleniu tak jak ich autorzy. A przecież miałam przedstawić moje i tylko moje poglądy. Miałam jak zawsze się wyróżnić jakoś.
Właśnie, wyróżnianie się. Czy jest warunkiem koniecznym w blogosferze? A może można się bez tego obyć i pogodzić się z tym, że istnieją ludzie, którzy myślą podobnie? A może dobrze byłoby znaleźć jakiś złoty środek? I w ogóle co można rozumieć przez wyróżnianie się? Pisanie na tematy kontrowersyjne? Niee, to stary i sprawdzony sposób. Pisanie oryginalnym stylem? O, to już prędzej podpięłabym pod tę definicję.
Kiedyś to miałam. Taki niepowtarzalny styl, po którym było widać, że to ja, a nie ktoś inny. I nie była to tylko moja opinia. Nie potrafię już niestety do niego wrócić. Czy oznacza to, że zlałam się totalnie z szarą masą? Nie do końca. Jednak tęsknię trochę za tamtą mną. Obecna ja również ma sporo do przekazania, jednak tamtym dawnym stylem przyciągałam tu więcej osób niż obecnie. I byłam odrobinę zabawniejsza.
Na pewno im mniej zaglądam na wszelkie portale, tym prędzej jestem w stanie napisać coś bardzo mojego. Wyróżnianie się na siłę nie jest moją bajką. Nie ma tu noszenia jakichś dziwnych ciuchów, których nie lubię, czy kręcenia tyłkiem. Kontrowersyjne tematy czasem się pojawią, ale ostatnio jestem za jakąś taką większą delikatnością, co nie oznacza, że już nigdy nie padnie tu jakaś kurwa. I życie toczy się dalej.
czwartek, 13 września 2018
Pasja i pieniądze
Niektórzy blogerzy i youtuberzy słyszą czasem następujące pytanie: po co od miesięcy/lat robią to co robią, zadają sobie sporo trudu, by jakoś fajnie to wyszło, skoro nie zarabiają na tym. Czyżby w dzisiejszych czasach nie liczyła się pasja, tylko piniondz? A jak nie ma tego piniondza, to nagle to, co robisz (cokolwiek, co po prostu sprawia ci przyjemność) jest nieważne? Nie zgadzam się.
Tego bloga prowadzę od prawie pięciu lat i nie zarobiłam na nim nawet złamanego grosza. Przez ten okres co najmniej kilkakrotnie wytykano mi odstawanie od współczesnych standardów, takich, które prawdopodobnie dałyby mi fejm i hajs. Pomyślmy...na razie obecny wygląd bloga mnie satysfakcjonuje.
Fejm... no cóż, chciałabym, by moje słowa docierały do większej ilości osób, ale czy nagły zalew tysięcy owych (po dziś dzień jest to miejsce dość kameralne) nie przerósłby mnie? Czy faktycznie chcę tej całej sławy? I nie wiem, czy jestem odpowiednio uodporniona na hejty, których wybitnie niewiele otrzymywałam. Oraz czy dałabym radę jeździć na tłumne konferencje blogerów. Ja i tłumy? Bitch, please.
No i zarobki. Czy w takim wypadku pisanie by mi nie spowszedniało? Czy nie stałabym się niewolnikiem jak niektórzy? A może czekałoby mnie wypalenie zawodowe? Czy przepraszałabym za tygodniową przerwę, choć obecnie jest dla mnie czymś normalnym?
Na dzień dzisiejszy pisanie to moja pasja. I mam nadzieję, że tak zostanie, niezależnie od tego, czy fejm i piniondz będą się zgadzały, czy nie. Kocham to miejsce. Kocham blogosferę. Kocham niektórych tworzących ją ludzi. A powyższych rzeczy na razie nie zamierzam sprawdzać.
wtorek, 4 września 2018
Stałe elementy mojego blogowania
Czasem na blogu muszą nastąpić zmiany. To normalne, w końcu sami wraz z upływem czasu nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, co na początku jego pisania. Ja na przykład dziś nie poruszyłabym niektórych tematów sprzed paru lat, bo zdążyły przez ten czas się zdezaktualizować. Nie oznacza to jednak, że zaraz je usunę, bo dobrze jest zaobserwować zmiany, drogę, jaką przeszłam przez te wszystkie lata, by wiedzieć to, co dziś wiem. Jednak na tym blogu pewne rzeczy pozostają niezmienne i dobrze. Dziś właśnie o nich. No to o czym mowa?
1. Czerń.
Kolor, który według paru osób nie przyniesie temu blogowi popularności, a wręcz przeciwnie - odstrasza potencjalnych czytelników. Może tak, może nie, ale faktem jest, że jakoś z tą czernią swego czasu było tutaj więcej osób niż obecnie. Bo mój styl pisania, wówczas podobno niepowtarzalny (dziś już nie potrafię tak pisać), się podobał.
Ponadto otrzymywałam wiadomości, że ta czerń jest spoko. Na dzień dzisiejszy nie zamierzam rezygnować z tego koloru. Bo kto powiedział, że każdy blog musi być biały jak moja skóra, z szablonem z gatunku profeszynol? Zresztą chyba nie jestem w tym momencie gotowa na zalew tysięcy zamiast setek czytelników. Czerń jest super. Lubię ją.
2. Ludzie.
Jedni przychodzą, drudzy odchodzą, co zresztą ma też miejsce w moim realnym życiu. Cieszę się, że tu są. Że czasem zgadzają się z tym, co napisałam, a czasem nie i potrafią zarówno jedno, jak i drugie stanowisko ciekawie uargumentować. Ich komentarze często zmuszają mnie do refleksji. Mądrych mam czytelników. Tak, wiem, po raz drugi to tutaj piszę.
3. Brak hejtu.
To aż dziwne, bo przecież niektóre poruszane przeze mnie tematy mogłyby prowokować hejterów do ataku. Jednak w całej historii tego bloga nic takiego nie miało miejsca, co mnie bardzo cieszy. Ludzie tu umieją się zachować.
4. Wulgaryzmy.
Bo czasem, kurwa, nie da się inaczej. Ale też bez przesady, nie nadużywam ich, bo kilka użytych w jednym zdaniu brzmi komicznie. Ktoś jakiś czas temu zasugerował mi, że to właśnie przez nie nie wybiję się na blogu. Uświadomiłam jednak tej osobie, że znani blogerzy też czasem przeklinają - w końcu tekst musi budzić emocje, by się klikał.
poniedziałek, 2 lipca 2018
Co nowego na blogu?
Zmiany czasem są nieuniknione. Wiem, banał. Tak czy owak, również na tym blogu musiały one w końcu nastąpić. Kto w końcu nie chce mieć większej liczby wartościowych czytelników? Ale też nic na siłę. Nadal będzie totalnie po mojemu, tak jak lubicie. Chyba.
Ostatnio poszłam jednak na pewien kompromis. Powszechnie wiadomo, że lepiej czyta się czarne litery na białym tle niż białe na czarnym. I to dostaliście. Nie zamierzam jednak całkowicie rezygnować z czerni w wystroju. To mój kolor. Jest taką jakby wizytówką bloga.
Na blogu na nowo pojawiła się zakładka O mnie. Walnęłam opis tak na szybko i odnoszę wrażenie, że wygląda, jakbym golnęła sobie coś głębszego przy jego tworzeniu. Prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie będzie edytowany, gdy znajdę czas i gdy będzie mi się w ogóle chciało.
Przez cały dotychczasowy okres pisania bloga podpisywałam się jako Blacky. Ale w sumie po co? I tak od początku nie byłam anonimowa i część czytelników od jakiegoś czasu zna moje personalia. Moje imię przypału nie robi i jedyną jego wadą jest to, że nie jest ono jakieś rzadkie. Ponoć czymś wyróżniać się trzeba :D
I ostatnie, najważniejsze. Chcę trochę częściej pisać, ale spokojnie, nie zaraz wyskakiwać z lodówki, bo nadmierną atencyjnością nie grzeszę. Ale mam sporo pomysłów na teksty i szkoda, by się marnowały. Może nawet spośród tych, które uznam za chujowe wybiorę co jakiś czas choć jeden tak w ramach eksperymentu. I to w Waszych rękach pozostawię opinie co do tego, czy rzeczywiście taki jest. A o czym w ogóle będę pisać? Jak zwykle będziecie mieli niespodziankę. Trzymajcie kciuki, by to wyszło.
sobota, 23 czerwca 2018
Chujowa blogerka?
To nie jest dla mnie łatwy tekst. Być może za jakiś czas będę przeklinała siebie za opublikowanie go. I będę chciała zabić każdego, kto się z nim zapozna. Ale już się nie cofnę. Są pewne przekonania, których źródła nie potrafię wyłapać i które bardzo utrudniają mi dalsze pisanie bloga. Tak, to stąd biorą się czasem te długie przerwy. W końcu pomysłów na kolejne teksty mi zdecydowanie nie brakuje. Powiedziałabym nawet, że jest ich nadmiar. Co w takim razie mnie blokuje?
Kogo to w ogóle obchodzi?
Całkiem niemałą grupkę to obchodzi. Wyjdzie kilkaset, o ile nie tysiąc osób każdego miesiąca (według liczby wyświetleń). Są to ludzie najczęściej w moim wieku lub zbliżonym, ale trafia się też ktoś nastoletni lub trzydziestoletni. Jakieś kilkanaście osób sadzi pod każdym tekstem niebanalne komentarze. Czyli mam do czynienia z osobnikami myślącymi, a to jest jakiś sukces. Zdarzają mi się też sporadycznie prywatne wiadomości na Messengerze dotyczące radosnej tfu!rczości blogowej. No, i jeszcze 101 polubień fanpejdża. Także pisz i nie pierdol.
Czy nie odsłaniam się za bardzo?
Ale co to znaczy za bardzo? Sorry, ale takie mamy czasy, że bloger, zwłaszcza ten z naprawdę długim stażem w końcu coś zdradzi o sobie. Coś świadczącego o tym, że jest człowiekiem, a nie bezuczuciową maszyną. I nie, nie mamy obowiązku ujawniania wszystkiego. Nikt nie przykłada nam pistoletu do łba, każąc wyśpiewywać każdą traumę, każde pragnienie, wszystkie lęki, ostatnie sny lub ulubione pozycje seksualne. To nasz wybór.
Tekst jest pewnie za długi/za krótki
Jest taki, jaki powinien być, adekwatnie do możliwości wyczerpania danego tematu. Czy istnieje w ogóle odgórny wymóg długości tekstu? Nie kojarzę.
Czy nie piszę zbyt dziecinnie?
Bo ćwierćwiecze to jest, kurwa, sędziwy wiek. Zbieraj hajsy na trumnę.
Czy ten tekst w ogóle pasuje do bloga?
A od kiedy piszesz na jeden temat i od kiedy nie ma tu chaosu? :D
Nie jestem nadmiernie atencyjna. Czy to dobrze?
Tak, bo jesteś introwertyczką, więc to po prostu leży w twojej naturze. Ale przypomnienie światu o istnieniu bloga przynajmniej raz w miesiącu raczej nie będzie okupione wielkim cierpieniem. I nie piszesz go przecież do szuflady.
Z mojego profilu na Facebooku znów można przejść na bloga. Może to błąd?
To jednak nie chcesz mieć większej ilości czytelników? I nie, nie odpowiadasz za to, kto jak zinterpretuje to, co napisałaś. Na przykład uzna, że jest bohaterem danego tekstu. Ważne, że ty wiesz, jak naprawdę jest.
Opublikowałam ten tekst. Pewnie jest chujowy.
Może tak, może nie, co nie zmienia faktu, że stałym czytelnikom i tak nie będzie obojętny.
Widzicie, co ja mam z tym blogiem :D
czwartek, 15 marca 2018
Po ciemnej stronie
To była tylko kwestia czasu, aż wprowadzę tu jakieś zmiany. Zmiany czasem są potrzebne, chociażby dla własnego komfortu. A dotychczasowa nazwa bloga mnie uwierała, już od jakiegoś czasu nie była TĄ. Bo wcale nie mam potrzeby udowadniania za wszelką cenę, jaki ten blog nie jest inny i jak bardzo mam gdzieś zasady rządzące współczesną blogosferą, bo to i tak widać. I tak, ta nazwa w dużej mierze przyciągnęła tutaj co najmniej część osób na bieżąco tu zaglądających (bo mocna, bo łatwa do zapamiętania), ale co z tego? Obecna nie jest jakoś szczególnie odkrywcza, ale na razie zostanie.
Druga sprawa? Zmieniłam również adres bloga i fanpejdża oraz nazwę tego ostatniego (no, jeśli Cukierberg uzna, że jest git, wtedy będzie zmieniona w ciągu trzech dni, wtf?). Nie zamierzam bowiem przepraszać za słowa, które tu zamieszczam, a które niekoniecznie podobają się rodzinie lub znajomym. Popełniłam spory błąd, pozwalając na to, by ludzie poprzez mój prywatny profil na Facebooku dostali się na fanpejdża. Bo myślałam, że czemu nie? Skoro i tak wcześniej przez moją nieuwagę o blogu dowiedziało się więcej osób. Myślałam, że udowodnię, jakiego to nie mam dystansu do sprawy. I że w końcu faktycznie go nabiorę. I to był jeden wielki bullshit. I wiecie, co jest zabawne? Że większość rodziny o blogu nie miała pojęcia, choć odnośnik do fanpejdża wisiał na profilu od blisko trzech (!) lat. Aż w końcu ktoś doniósł jednej z tych osób o jednym mocnym wpisie i wybuchła afera. Szkoda, że owa donosicielka nie napisała najpierw do mnie.
Ale pieprzyć to, zaczynam od nowa z czystą kartą. Właśnie przeszliście na ciemną stronę bloga. Nazwa adekwatna i do wyglądu, i do tego, co niedawno się działo. Mam nadzieję, że w dalszym ciągu przyjemnie spędzicie tu czas i inne takie ograne frazesy.
Twarzoksiążka.
niedziela, 4 marca 2018
Nie bądź niewolnikiem bloga
Kiedyś były ciekawe czasy. Czasy blogów na Onecie. Ukryci pod nickami i niezależnie od stopnia popularności mierzonego w ilości postów wyróżnionych gwiazdką lub braku takowych, pisaliśmy najczęściej o tym, co nam w duszy grało. Co chcieliśmy, kiedy chcieliśmy. Nie zawsze poruszaliśmy tematy będące aktualnie na topie. Nie stosowaliśmy clickbaitów. W niektórych przypadkach nie wiedzieliśmy nawet, jak dany bloger wygląda. Nie wiedzieliśmy, co to zarabianie na blogu. Nie było jeszcze książek Jasona Hunta. Z czytanych przez nas tekstów nierzadko wyłaniało się bogate, niebanalne wnętrze, a nie marka.
Tak, mentalnie wciąż jestem w tamtych czasach. Może dlatego czegoś nie rozumiem. Nie, nie mam nic przeciwko temu, że niektórzy z nas w mniejszym lub większym stopniu na tej swojej pisaninie się wybili. Też chciałabym, by mój blog dotarł do większej liczby osób, nie bądźmy hipokrytami. Ale nie rozumiem, dlaczego ci, którzy tę całą popularność zyskali, czują się w obowiązku ciągle przepraszać. Nakładają na siebie cholerne kajdany.
Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że właśnie to czytasz, a jednocześnie Twojego fanpejdża polubiło co najmniej tysiąc osób, ale jeśli jakimś cudem tu trafiłeś, to musisz coś wiedzieć. Nie musisz przepraszać za to, że jest Ciebie mniej lub więcej w Internetach. Że nie masz weny. Że masz gorszy dzień. Że przez trzy dni nie opublikowałeś czegoś nowego. A nawet i wtedy, gdy tych dni zrobiło się dwadzieścia. To normalne, że poza blogiem masz życie towarzyskie, pracę, inne pasje czy też zwyczajnie w świecie potrzebujesz odpoczynku od miliona internetowych bodźców. Tak, statystyki spadną, ale jeszcze zdążysz to nadrobić. Rób to, co w danym momencie uważasz za słuszne. Nie bądź niewolnikiem bloga.
wtorek, 13 lutego 2018
Introwertyk, a ma bloga
Introwertyk blogerem? Jak to w ogóle jest możliwe? Czy to się wzajemnie nie wyklucza? W końcu ktoś taki nie umie lub nie lubi się promować, być w centrum uwagi. Wiele rzeczy (zwłaszcza w kwestii życia prywatnego) woli zachować tylko dla siebie (ewentualnie bliskich jego sercu osób)...
Lecąc jednak dalej według powszechnych przekonań/stereotypów, o ile ekstrawertycy są od gadania (najczęściej o dupie maryśce), o tyle introwertycy są od pisania właśnie. Także siedzą sobie gdzieś w swoim ulubionym miejscu, wśród ciszy, przed ekranem laptopa lub smartfona z kubkiem herbaty lub kawy. Gdzieś pod nogami lub na biurku pałęta im się futrzaste dziecko, sztuk co najmniej jedna i najczęściej jest to koteł. Idealny dzień do stworzenia i puszczenia w świat nowego tekstu.
Tak już bardziej na serio, introwertycy piszą, bo lubią. Bo mogą. Bo chcą. Bo porządnie zagłębiają się w tematy, które poruszają. Bo ich teksty są naprawdę wartościowe i inspirujące. I w dużej mierze uświadamiające. Ktoś dowie się, że wszystko z nim jest tak naprawdę w porządku, a introwersja (a nie jakiś potworek - introwertyzm) nie musi wcale oznaczać spierdolenia życiowego i społecznego. I introwertyk introwertykowi nierówny (są tacy, którzy lubią koncerty i imprezy). I powiedzmy sobie szczerze: introwertycy rządzą blogosferą. Np. Berenika z Lepiej myśleć czy Asia z Króliczka Doświadczalnego. Ale tych blogów jest znacznie więcej.
Od zawsze najbardziej nurtuje mnie kwestia ekshibicjonizmu, który wydaje się być raczej domeną ekstrawertyków. Wielu introwertycznych blogerów ujawnia sporo informacji o sobie. Możemy dowiedzieć się nie tylko, jak wyglądają i jakie zwierzęta mają w domu, ale też np. o poważnych życiowych traumach. I to przy całej świadomości, że dociera to do setek/tysięcy osób. Jednak na ogół robią to w dobrym stylu i niejednokrotnie wahają się, zanim tekst na trudny temat ujrzy światło dzienne. Czyli jednak jest to sprawa dość przemyślana. I skąd pewność, że ujawniają na swój temat dosłownie wszystko? Z drugiej strony pisząc bloga, nie da się też wszystkiego zatajać. Może to taki znak czasów, niezależnie od typu osobowości?
Jak to jest ze mną? Zdecydowanie jestem introwertyczką od zawsze. Od zawsze lubię też pisać i idzie mi to oczywiście lepiej niż mówienie, co wychodzi w realu. To ja nie jestem taka wygadana? Jak to? I zwłaszcza w realu nie lubię być za bardzo w centrum uwagi, a tego trudno uniknąć, gdy temat rozmowy schodzi na bloga. Bloga, na którego może natknąć się każdy i bywa, że afera gotowa. Bo piszę szczerze, aż za szczerze momentami. Nie oznacza to jednak, że zdradzam o sobie wszystko i nie zawsze któryś z nieco ostrzejszych tekstów jest stuprocentowo o moim życiu.
Robię sobie dość chujowy PR, bo w przeciwieństwie do większości blogerów nie mam potrzeby częstego udzielania się w social mediach. Może to błąd, ale nic na siłę. Nie zobaczycie mnie też raczej na tych tłumnych zlotach blogerów. I tak do każdego miasta, w którym takowe się odbywają, mam dość daleko (kolejny pretekst, by nie ruszać tyłka z domu, huehue).
A na koniec rzucę bombę, z którą niekoniecznie każdy musi się zgodzić. Czyli odnoszę wrażenie, że bloger - zarówno introwertyk, jak i ekstrawertyk ma jakieś takie w mniejszym lub większym stopniu przekonanie o własnej zajebistości (a przynajmniej o zajebistości własnych tekstów), tylko niekoniecznie z nim się afiszuje :)
sobota, 14 października 2017
Co z tym blogiem? #2
Hejeszki. Ktoś jeszcze pamięta o istnieniu tego bloga? Możliwe. Albo i nie. Próbuję coś w końcu napisać. Dać jakiś znak życia. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Coraz rzadziej cokolwiek tu publikuję. Paradoksalnie nie mam wcale mniej pomysłów na nowe teksty. W czym w takim razie tkwi problem?
Codziennie dużo piszę. Są to raczej rzeczy nieprzeznaczone dla szerszego grona odbiorców. Nie wyobrażam sobie, by nawet 1/4 z tego kiedykolwiek znalazła się tutaj. Przez Internety odpierdala nam totalnie. Mylimy wirtualny świat z realnym. Za dużo pokazujemy. Czy cokolwiek zostawiamy tylko dla siebie i naszych bliskich? Kurwa. Nie wiem, czy byłoby mi miło, gdyby kilkaset osób rozmawiało sobie o tym wszystkim, z czym na codzień muszę się zmagać. Może uznałyby mój coming out za akt odwagi? A może jednak spotkałabym się z morzem hejtów? Wolę na razie tego nie sprawdzać. Oczywiście z racji blogowania od prawie ośmiu lat nierealne jest niezdradzanie niczego o sobie, ale na szczęście na razie to do mnie należy decyzja, cóż to takiego będzie.
Druga sprawa i prawdopodobnie ważniejsza polega na tym, że wśród tematów, które chciałabym tutaj poruszyć, są naprawdę mocne rzeczy, jakich jeszcze nigdy nie było w całej historii tego bloga. Te, które swego czasu były taką jakby jego siłą napędową to naprawdę przy nich wręcz odzwierciedlenie idealnego świata. Jakie byłyby konsekwencje opublikowania tekstów na wyżej wspomniane tematy? Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wywołabym aferę. Że co najmniej parę osób zechciałoby mnie zabić.
Może i sprawiam (sprawiałam?) tutaj wrażenie kogoś, kto ma ogólnie wyjebane na opinie innych, ale są jednak jakieś granice przyzwoitości, które nie tak trudno jest przekroczyć. Jeśli nie podejdę do sprawy w miarę delikatnie, być może te konkretne teksty nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Chciałabym pisać tu częściej niż dwa, trzy razy na miesiąc, ale też nic na siłę. Oczywiście nie jestem w stanie dokładnie przewidzieć, jak w ciągu najbliższych miesięcy zmieni się moje życie, co też będzie miało wpływ na częstotliwość tekstów. Nie obiecuję, że napiszę coś za kilka lub kilkanaście dni. Nie mam też jednak wśród najbliższych planów zawieszenia bloga, także luzik. No to do napisania. :)
Twarzoksiążka.
środa, 16 sierpnia 2017
Co wiem po 7 latach i 7 miesiącach blogowania?
Od razu wspomnę, że to, co za chwilę przeczytacie nie jest raczej niczym nowym. Jest pewnie bardziej oklepane od cycków na Instagramie. Dokładnie cztery dni temu minął dokładnie taki czas. Co mi więc jako wielce doświadczonej (huehue) blogerce szkodzi podzielić się pewnymi (chyba) spostrzeżeniami i w ogóle tym, do czego doszłam podczas swojej długiej i burzliwej przygody z blogosferą?
Blogowa sława? To nie dla mnie.
Okej, ściemniałabym twierdząc, że piszę tylko dla siebie. Dla siebie to mam papierowe zapiski, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą tu światła dziennego.
Cieszę się, gdy do grona czytelników dołączają nowe osoby. Mam nawet od dwóch lat fanpejdża przecież. I raz na jakiś czas wrzucę link do nowego wpisu tam, gdzie jest to dozwolone. Nie wyobrażam sobie jednak srania na okrągło swoim prywatnym życiem czy reklamowania bloga przez pół dnia. Chciałabym też, by to miejsce jak dotychczas było wolne od hejtu, a ten prawdopodobnie by nastąpił wraz ze znacznym wzrostem popularności. Jest dobrze.
Nie odkrywam nowych lądów.
Pod moimi tekstami znajduje się sporo komentarzy z gatunku mam tak samo jak ty. Na wielu blogach widzę myśli wyjęte z mojej głowy. Ani ja, ani ty nie jesteśmy jakimiś wybitnymi oryginałami (o ile w ogóle choć w kilku procentach). Co najwyżej możemy w nietypowy sposób pisać o tych samych rzeczach. Choć to też jest sprawa mocno dyskusyjna - czasem, nawet nieświadomie możemy inspirować się czyimś stylem lub też chamsko zrzynać z owego. Dla niektórych będzie to pewnie jedno i to samo :D
Jeden konkretny cel blogowania na wiele lat? Wykluczone.
Wciąż się zmieniam. Twierdzenie, jakoby człowiek w okolicach dwudziestki był już wielce ukształtowany, uważam za bzdurę. Nawet teraz, kilka miesięcy przed ćwierćwieczem, wciąż się za taką osobę nie uważam. Wiadomo też, że wraz ze zmianami w sobie i w życiu następuje zmiana celów. Na przykład odejście od typowego wirtualnego pamiętnika i rozpoczęcie pisania o rzeczach naprawdę (przynajmniej dla mnie) ważnych. Albo wpisy kulturalne i podróżnicze. Taki trochę bałagan. Ale mój :)
Twarzoksiążka.
poniedziałek, 24 lipca 2017
Co z tym blogiem?
Miałam spory dylemat. Zastanawiałam się nad sensem opublikowania tego tekstu. W końcu kogo to wszystko obchodzi? Uznałam jednak, że tym razem to pieprzę. Już zbyt często odpuszczałam.
Jakoś tak wyszło, że od dłuższego czasu moje blogowanie wiąże się w pewnym stopniu z przekraczaniem strefy komfortu. Najpierw odeszłam z Onetu, gdzie pisałam przez prawie 3 lata, choć myślałam, że zostanę tam na zawsze. Tamten blog był czymś w rodzaju pamiętnika, pisanym niby w ukryciu, ale co jakiś czas odkrywanym przez niepożądane osoby pomimo częstych zmian adresu. Potem, już miesiąc po zadomowieniu się w nowym miejscu, pozwoliłam, by o mojej pisaninie dowiedziało się więcej ludu. Dołączyłam do kilku facebookowych grup dla blogerów. Jakieś 2 lata temu ruszyłam też z fanpejdżem. Ale to oczywiście nie wszystko - zaczęłam w końcu poruszać tematy, na jakie wcześniej bym się nie odważyła.
Może i te działania nie spowodowały jakiegoś nalotu tłumów i w ogóle szaleństwa w statystykach, ale za to udało mi się przyciągnąć garstkę naprawdę ciekawych ludzi, których komentarze nierzadko są lepsze od tego, co mam do powiedzenia/napisania. W dodatku nie ma tu hejtu, choć możliwe, że niektóre moje wypowiedzi proszą się o takowy. Innymi słowy jest miło i przyjemnie do porzygu. I o to chodzi :)
Jak to jest teraz? Od jakiegoś roku piszę coraz rzadziej. Chyba wiem, gdzie tkwi przyczyna oprócz tej podanej powyżej, ale wolę zachować ją dla siebie. Za to na pewno teksty są bardziej przemyślane i w przynajmniej 80 procentach oddają to, co pierwotnie chciałam przekazać. Zmieniam się i prawdopodobnie przez to nie jestem w stanie tak śmieszkować, ironizować jak dawniej. A chyba po tym znaczna część czytelników kojarzyła mnie najbardziej. Mimo to jednak tu zostaję. Jako że od zawsze cierpię na nadmyślenie, mam jeszcze sporo pomysłów na jakieś dziwne wywody i takie tam, dlatego też przeleję je na papier, a później tutaj. Przy okazji powoli ruszam z jakimiś drobnymi porządkami. Czarne tło na razie zostaje. Nie wywalę też starszych wpisów, bo czasem dobrze jest się pośmiać. Nie obiecuję pisania co kilka dni, w końcu i ja czasem mam życie, ale może uda mi się częściej wpadać do Was.
No to do napisania!
Twarzoksiążka.
sobota, 11 lutego 2017
Różnorodność jest spoko

Nie odkryję Ameryki twierdząc, że ten blog składa się ze sprzeczności. Z jednej strony jest czarny kolor, który mógłby wskazywać na takie jakby dystansowanie się od reszty. Z drugiej niektóre teksty są dość głośne, prowokujące do długich dyskusji. Komuś nawet zdarzyło się je nazwać kontrowersyjnymi, choć nie sądzę, by to określenie faktycznie tu pasowało. Jest dobrze, tak jak lubię.
Są ludzie, którzy wolą ograniczać się do jednego zagadnienia. Szczerze mówiąc, rzadko zaglądam na blogi tego typu. Wolę różnorodność i ten moment, kiedy nie wiem, o czym dany bloger napisze następnym razem. Pewnie dlatego u mnie jest podobnie. Nikt nie wie, kiedy zrzucę bombę, czyli po prostu tekst na jakiś trudny temat, a kiedy walnę coś lekkiego/śmiechowego. I nadal tych zapisków jako ogół nie da się włożyć do konkretnej szufladki. I dobrze.
Paradoksalnie moje życie jest bardziej przewidywalne i to też jest ok.
Twarzoksiążka.
piątek, 3 lutego 2017
Pisz ten tekst, kobieto!

Dawno temu pisałam tekst na bloga od razu po pojawieniu się pomysłu. Nieważne, czy chodziło o zawartość mojej szafy czy jakiś ważny ogólnospołeczny problem. Obecnie mam sporo nierozwiniętych tematów. Gdzieś czają się w różnych zeszytach. Czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne? Nie wiem.
Bo zdania wyszły jak u jakiejś gówniary z podstawówki, która dopiero rozpoczyna przygodę z pisaniem. Albo są zbyt dojrzałe, a to do mnie niepodobne. Jeszcze temat niezbyt oryginalny, bo przewinął się przez pierdyliard innych blogów. I w ogóle kogokolwiek obchodzi to, co piszę?
Argumenty za tym, by wrócić do dawnego stanu rzeczy? Przede wszystkim nie zarabiam na tym blogu, więc nie wszystko musi być idealne. Nie jest on też zbytnio popularny, więc ewentualna wiocha nie będzie omawiana właściwie nigdzie. A najważniejsze jest to, że mimo wszystko nadal mam Was, małą grupkę wiernych czytelników, którzy jakoś wytrzymują te moje wypociny :)
Twarzoksiążka!
sobota, 14 stycznia 2017
3 lata

Parę rzeczy w życiu mi nie wyszło, ale jednym z wyjątków jest spędzenie tutaj 3 lat. Żaden z poprzednich blogów tak długo nie istniał w Internetach. Wow. Kiedy to zleciało? Czy to nie wczoraj spierdoliłam z Onetu?
Bywały czasy, gdy wrzucałam nowy tekst co kilka dni, i to na spontanie. Innym razem długo myślałam nad tym, co tu się pojawi, a i tak nie byłam zadowolona z końcowego efektu. Zdarzało się też, że znikałam na miesiąc lub dłużej. Nie obiecuję, że kolejne wypociny będą częstsze, ale na pewno chciałabym, by było ich ciut więcej niż w 2016.
57448 wyświetleń. 108 obserwatorów. Kilkanaście/kilkadziesiąt osób, które jakoś tu jeszcze wytrzymują i to niezależnie od tego, jak bardzo chujowy tekst tu wrzucę.
Trochę się zmieniłam i moje życie też. Poznałam ciekawych ludzi (którzy oczywiście mieszkają daleko, typowe). Zwiedziłam kawałek Polski. Spełniło się jedno z moich największych marzeń. Lepiej znam siebie. Co jakiś czas próbuję nowych rzeczy. Nie zmienia to faktu, że nadal nie jestem typem tej przebojowej, zajebistej gwiazdy i szczerze mówiąc, nie chcę nią być.
Oby blog przetrwał kolejne 3 lata i dłużej!
Twarzoksiążka!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




