Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internety. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 lipca 2020
Wychodzimy z domów
2020 będzie moim rokiem, myślałam po tym, jak chujowe były dla mnie ostatnie miesiące roku 2019. Czas to sobie odbić i dać się ponieść życiu, choć może nie z aż taką intensywnością jak niektórzy. Z początku wydawało się, że to wyjdzie. Całkiem fajny początek miałam. Jednak niestety coraz częściej mówiło się o koronawirusie.
Ostatecznie w marcu nastąpił lockdown. O dziwo, przyjęłam tę wieść ze spokojem. Co to te parę tygodni (tak, naprawdę myślałam, że to potrwa tylko parę tygodni)? Introwertyczką w końcu jestem. Domatorką po części w sumie też. Wytrzymam. Mam co robić. A jeśli nie będę miała co robić, to i tak szybko się to zmieni. W końcu odrobinę wyobraźni i kreatywności jeszcze, o dziwo, posiadam. Jak to ostatecznie było? Już opowiadam.
Naprawdę cieszyłam się na większą ilość czasu, który mogłabym poświęcić na wszelką twórczość, czy raczej jak w moim przypadku, tfu!rczość. Głównie o słowo pisane chodziło. Rzygać słowami miałam solidnie i niekoniecznie się tym z setkami osób czytających tego bloga dzielić. Bo w sumie po co? Ale i na bloga coś pisać miałam. Może więcej niż dotychczas? Ale gdzie tam! Do tego był potrzebny spokój, który w moim miejscu zamieszkania jest na ogół nieosiągalnym dobrem luksusowym. Mimo to udało mi się puścić w świat tekst o dziwakach, z którego jestem naprawdę zadowolona.
To może czytanie? Jakieś kilkanaście książek nie było jeszcze ruszanych. I to większość nabyta jeszcze w poprzednich latach. Jedne być może bardziej ambitne, a inne z tych typowych czytadeł. Może pokonałabym ciągnący się od dłuższego czasu kryzys czytelniczy? Nijak nie mogłam się jednak do tego zmobilizować i ostatecznie skończyło się na kilkudziesięciu przeczytanych stronach jednej książki.
No to może porządki? Tutaj już poszło mi znacznie lepiej, choć nie jestem maniaczką tego typu czynności. Ale w sumie nic dziwnego, bo rozpierdol w pokoju da się ogarnąć w kilka godzin (ewentualnie dni, jeśli to rozpierdol stulecia) w przeciwieństwie do tego w głowie. Ostatecznie nie skończyło się jedynie na jakimś tam wywalaniu zbędnych rzeczy. Jeszcze meble poprzestawiałam! Od tamtej pory przebywanie w tym pomieszczeniu jest odrobinę bardziej komfortowe.
Trochę spacerowałam po swym urokliwym zadupiu, bo mogłam. I to bez maseczki. Wprowadzane co jakiś czas obostrzenia tego nie zmieniły. Taki paradoks - byłam w lepszej sytuacji od wielu miastowych. Policja jakoś nie czaiła się na każdym kroku. Ba, nikogo z niej przez cały lockdown tu nie widziałam. Podobnie rzecz miała się w miejscowości gminnej (tam już maseczkę jednak nosiłam). Może to dlatego nie do końca wierzyłam, że w wielu miejscach mundurowi przypierdalali się do czego się tylko da. Historie, które słyszałam wydawały się mocno nieprawdopodobne. Zresztą w przynajmniej niektórych z tych przypadków nie mieli takiego prawa.
Lockdown sprzyjał nadmiernemu siedzeniu w internetach. Byłam jednak bardziej obserwatorką niż uczestniczką dyskusji wszelakich. Ogólnie niewiele znaków życia dawałam we wszelkich social mediach. Po co zresztą tykać najbardziej śmierdzące gówno? Istny festiwal obrzucania nim trwał w najlepsze. Obrywali głównie ci, którzy nie pasowali do szufladki z napisem normalność, ale nie tylko. Nie starałam się tym wszystkim karmić, ale jakoś tak samo wyłaziło z każdego możliwego kąta. I tak sobie czasem myślałam, że natychmiastowe wyginięcie połowy ludzkości nie byłoby wielką stratą dla świata, bo jesteśmy zjebani. I co gorsza, dumni z tego zjebania jesteśmy. Na okrągło się nim chwalimy.
Na szczęście wciąż istniały grupy na Fejsie przeznaczone bardziej dla ludzi myślących, wrażliwych, empatycznych, gdzie dramy były niszczone w zarodku i bywało, że skutkowały banem. I słusznie. Nie ma co z takimi ludźmi dyskutować. Admin/adminka wyraził/a się jasno, że tu nie ma miejsca na mowę nienawiści czy dowalanie komuś, kto ma już wystarczająco ciężko w życiu i szuka pomocy lub chce się tylko wyżalić. Ktoś tej zasady nie respektuje? To niech wypierdala!
A lockdown wielu z nas poharatał mocno. Rozwalona psychika. Rozdzielenie z bliskimi. Masowe utraty pracy i zamknięte uczelnie, przez co wielu młodych dorosłych zostało zmuszonych do powrotu do toksycznych rodziców, od których tak bardzo starali się wyrwać. Zamknięte szkoły. Zamknięte sklepy. Zamknięte lasy. Zamknięte parki. Wydarzenia kulturalne przełożone lub odwołane. Utrudnione pojechanie gdzieś na chwilę poza swoje miasto lub wiochę, o ile nie miało się auta. I nawet jeśli domownicy byli cudowni, kochający, to i tak po jakimś czasie przebywania z nimi co niektórzy dostawali pierdolca. I niejedna osoba uważająca siebie dotychczas za domatora uznawała, że jednak ma tego wszystkiego dość. Innymi słowy, jedna wielka chujnia.
Nie wiedzieć czemu, nawet wtedy ludzie stale wpisywali w Google frazę nie lubię imprez, po czym lądowali konkretnie tutaj. A przecież chwilowo na żadnej być nie musieli dzięki zakazowi zgromadzeń. Czyżby kombinowali, jak tu się wymigać od korona party? Ewentualnie za parę miesięcy jakieś weselicho się szykowało? Ale to w sumie super, że istnieje tylu nas, nieimprezowych. I że ten gatunek ludzi w pierwszej kolejności wchodzi nie do kogoś z pierdyliardem czytelników, a właśnie do mnie. To mój jedyny taki przypadek.
Ostatecznie, gdy już decydowałam się choć na chwilę z internetów ewakuować, jednak zabierałam się też za wyżej wspomniane ogarnianie rozpierdolu w głowie. Czasem się przed tym broniłam, ale uznałam, że jest to konieczne. I doszłam do wniosku, że jest gorzej niż myślałam. Ale powoli do przodu i jeszcze się rozkręcę.
Stopniowo wracało nasze dawne życie. Już nie zamykano nas w domach. Wiele miejsc było już otwartych. Ludzie już jeździli poza swoje miasto lub wiochę. Czyli można już do Łodzi? Najwyraźniej.
piątek, 24 stycznia 2020
Nie przepraszam za to, co napisałam sto lat temu
Bo niby za co mam przepraszać?
Co niektórzy chyba myślą, że ludzie się nie zmieniają, i to niezależnie od ilości czasu, który upłynął. Bo na co komu samorozwój, poszukiwanie siebie, nowe zainteresowania, zadawanie sobie (i innym, i wujkowi Google) miliona pytań, wyłapywanie własnego głosu stłumionego przez oczekiwania innych, sytuacje i słowa sprawiające, że otwierają nam się oczy i kwestionujemy własne dotychczasowe poglądy...
A może po prostu wygodniej jest im wkładać nas do pewnych szuflad? I jeśli decydujemy się z nich wyjść, w najlepszym przypadku nie są tym szczególnie zachwyceni. W najgorszym czeka nas drama stulecia. Wystarczy na przykład przefarbować włosy na zielono, nie chrzcić dziecka, ujawnić się jako lesbijka, czytać coś tylko ciut ambitniejszego od tabloidów, czy też wychodzić z cienia z własną blogową pisaniną.
Właśnie, blog! To dopiero narzędzie dramy! Ktoś odkopie jakiś twój tekst, najczęściej z epoki kamienia łupanego, ale po co zadawać sobie trud spojrzenia na datę publikacji! To są twoje aktualne myśli i chuj. Doniesie jeszcze komu trzeba i wtedy dopiero się zaczyna! Usuń ten tekst, a najlepiej całego bloga! Przestań pisać te głupoty! A przede wszystkim przeproś.
A przecież to takie grzeczne dziecko było. Takie potulne, posłuszne, idące z prądem, zawsze patrzące na innych. Do przesady miłe, ukrywające własne niewygodne poglądy, i to niezależnie od tego, czy mowa o internetach, czy realnym świecie. Zgadzające się na wszystko. I gdyby ktoś tak chciał zgwałcić tamtą potulną kruszynkę, zrobiłby to bez problemu. Bo prawdopodobnie nie dość, że nawet nie próbowałaby się opierać czy uciec, to jeszcze z jej ust nie padłoby żadne nie.
Na szczęście niektóre grzeczne dziewczynki w końcu się budzą, zauważają, że coś tu nie gra. Że wcale tak nie chcą. I walczą o siebie, o podejmowanie własnych decyzji, o wyrażanie własnych, ale to własnych poglądów, niezależnie od tego, czy mowa o wizycie u rodziny, imprezie u znajomych czy chociażby pisaniu tego nieszczęsnego bloga.
Nie przepraszam za to, co pisałam sto lat temu i nie udaję też, że dawnych tekstów nie było. Wciąż się rozwijam, a to długotrwały proces. Czas na lekkie popuszczenie hamulców w mojej pisaninie!
wtorek, 7 stycznia 2020
2019-podsumowanie
Ach, co to był za rok! Czy mogę w ogóle tak go określić? No chyba nie do końca. Przesadą jednak byłoby stwierdzenie, jakoby był to całkowicie zmarnowany, bądź najgorszy okres w moim życiu, bo nie. Jak więc podsumuję swój 2019?
Tradycyjnie nie robiłam żadnych postanowień, bo po co sobie narzucać presję, brać udział w jakimś cholernym wyścigu i jeszcze potem denerwować się, że coś z tego nie wyszło? Ale fakt, chciałam, by 2019 rok był lepszy od poprzednich.
Było trochę wycieczek, raczej bliższych niż dalszych, bo głównie w obrębie mojego województwa łódzkiego (w tym zaledwie trzy wizyty w Łodzi, choć miało być ich ciut więcej). Zahaczyłam też raz o Śląsk (nie tak daleko, bo Częstochowa, ale zawsze coś).
Jak zawsze, i w 2019 w mojej głowie roiło się od wielu pomysłów, i to nie tylko na bloga. Często jednak nie notowałam ich nawet w zeszycie, ot tak dla siebie tylko. Zwyczajnie wstydziłam się, że w ogóle o czymś takim mogłam pomyśleć. Ale w końcu gdzieś w połowie roku zabrałam się za spisywanie owych. Pewnego dnia mogą się przydać, gdy już będę się wstydziła mniej lub wcale.
Odkrywałam na nowo tę swoją bardziej szaloną stronę, co czasem mnie przerażało.
Odrobinę rozjaśniłam włosy, w związku z czym już nie są czarne, ani nawet ciemnobrązowe. I na tym się nie skończy!
Przeczytałam bardzo mało książek, nad czym ubolewam, ale już zaczyna być lepiej pod tym względem.
Za rzadko widywałam się z ludźmi, z którymi faktycznie chciałam się widywać, ale to jeszcze da się nadrobić.
Wulgaryzmy z moich ust padały chyba częściej niż przez całe moje dotychczasowe życie (szczególnie w ostatnich miesiącach roku), bo się kurwa nie dało inaczej.
Gdzieś na początku grudnia zabrałam się po raz kolejny za pozbywanie się zbędnych rzeczy, by w nowy rok wejść już bez zbędnego balastu. Jak nietrudno się domyślić, nie wyrobiłam się w czasie i sprzątanie nadal trwa :D
Zaliczyłam rekordową przerwę na blogu i mam nadzieję, że już nie będzie powtórki.
Na jednej z tych nielicznych grup na Fejsie, które prawie są wolne od dram, wyjątkowo często wyrażałam własne niecodzienne poglądy i nie spotykałam się przy tym z hejtem. Jest więc jeszcze jakaś nadzieja dla tych polskich internetów.
Mało tego, nawet w pewnym momencie zaczęłam zostawiać swoje komentarze na tych nielicznych spośród popularnych blogów, które sobie cenię oraz na jeszcze bardziej popularniejszych fanpejdżach na Fejsie. A miałam przed tym spore opory, bo w końcu nie jestem anonimowa (a w tym ostatnim przypadku również rodzina i znajomi zobaczą, cóż takiego śmiałam napisać tym razem). Ale raz się żyje!
2020 rok chyba będzie mocno pokręcony...
środa, 17 lipca 2019
Czego nauczyły mnie fejsbukowe grupy?
Dziś będzie krótko. Będzie o dużych grupach na Facebooku, bo w końcu jestem ich weteranką. No to czego mnie one nauczyły?
Jeśli masz dość tego wszystkiego, co odpierdala się na grupie, po prostu z niej odejdź.
Powody mogą być różne. Może masz dość dram. Może nie podoba ci się klimat tam panujący. Może szybko czujesz wypranie z energii, gdy tam przebywasz. Może ktoś tam cię wkurwia. W każdym razie odejdź. Pierdol sentymenty i dawne świetne momenty (ale mi się zrymowało). Szanuj swój czas i energię.
Na prawie każdej dużej grupie będą dramy i nic na to nie poradzisz.
W końcu jest tam natężenie ludzi o różnych charakterach. Jedni myślą, zanim coś chlapną, a inni od razu wydają krzywdzący osąd. Przyznasz się chociażby do popełnienia jakiegoś życiowego błędu? Zaraz znajdzie się kilkadziesiąt osób, które cię zjadą. Albo kulturalnie napiszesz, dlaczego nie zgadzasz się z postem danego autora, a ten zaraz stwierdzi, że pewnie starzy w domu cię tłuką. Ba, czasem do dramy wystarczy lubienie disco polo, gdy reszta woli metal. Co zrobisz, nic nie zrobisz.
Ban to nie koniec świata.
Naprawdę. Przestań pisać do administratora prośby o przywrócenie na grupę. Nie pisz też nigdzie pytania o to, co zrobić, by tam wrócić. Czy naprawdę wszystko podobało ci się w tej grupie? Na pewno nie. Prędzej czy później przypomnisz sobie te gorsze momenty, te naprawdę niefajne sytuacje, i to nie zawsze z twoim udziałem. I czy nie cieszysz się z tego, że w końcu masz więcej czasu na swoje zainteresowania, które zaniedbywałeś z racji śledzenia miliona wątków, które na dobrą sprawę nic nie wnosiły do twojego życia? A jeśli nie chcesz tracić kontaktu z pewnymi osobami, to przecież wciąż mają konta na Fejsie i Instagramie, więc przeżyjesz.
A najlepiej jest czasem odpocząć od wszelkich grup, niezależnie od tego, czy z nich odchodzisz, czy nie.
Potraktuj je jako dodatek do życia, a nie jego ważną część. Skup się na realnym życiu. Rozwijaj pasje, spotykaj się ze znajomymi. Rób cokolwiek, co nie wiąże się z przesiadywaniem na kolejnych grupach. Naprawdę nie są warte tego, byś dla nich rezygnował z życia.
czwartek, 9 maja 2019
"Wiem, już widziałem/am to na Facebooku"
Często zastanawiam się, gdzie leży granica prywatności w Internetach. Czy warto być otwartą księgą, czy lepiej być choć odrobinę tajemniczą? Co zdradzić, a co zachować dla siebie i/lub bliskich osób? Jakie konsekwencje będzie miało ujawnienie tego czy owego?
Bloguję od ponad 9 lat. Oczywiste jest więc, że nie da się w tak długim czasie przemilczeć wszystkiego o sobie. W końcu te moje zapiski w dużej mierze są inspirowane życiem. Nie oznacza to jednak, że mam obowiązek zdradzania o sobie każdego możliwego szczególiku tutaj lub w mediach społecznościowych.
Gdybym miała dziecko, prawdopodobnie nie publikowałabym jego zdjęć. Gdy ktoś mi się z czegoś zwierza, oczywiste jest, że nie ląduje to nigdzie w Internetach, no chyba, że ta osoba koniecznie chce zaistnieć. Nie wyobrażam sobie też ludzi omawiających np. szczegóły mojego związku czy życia erotycznego. Przykładów rzeczy, o których nie zamierzam trąbić znajdzie się w sumie jeszcze więcej. Zdarzyło mi się jednak w ubiegłym roku zdradzić, że wygrałam książkę w konkursie, bo to w sumie nic takiego.
Nie chcę przy opowiadaniu o czymś rodzinie lub znajomym słyszeć Wiem, widziałem/am to na Facebooku.
czwartek, 28 września 2017
Offline
Ostatnio podjęłam się jednej z mniej hardkorowych form przekraczania strefy komfortu (choć to też jest sprawą mocno dyskusyjną w dzisiejszych czasach), czyli ograniczenia ilości czasu spędzanego w Internetach. No, szczerze mówiąc jest to już moje kolejne podejście. Potraktowałam to w kategorii rozwoju. Byłam ciekawa, co się stanie. Czego dowiedziałam się przez ostatnie dwa tygodnie, które upłynęły na próbach realizacji tego planu?
Przede wszystkim nie przewidziałam, że przez większość tego czasu niefajna pogoda wręcz popchnie mnie w wirtualny świat. O dziwo, w żaden dzień nie było to więcej niż kilka godzin, a to już jest jakiś sukces :) No, w sumie nie jedyny - ponadto udaje mi się nie odpalać Internetów zaraz po przebudzeniu i co najmniej na godzinę przed pójściem spać.
Tak to właściwie wszystko jest po staremu. Nie mam wcale więcej energii i nie polubiłam bardziej ludzi. Co jakiś czas spałam. Nie robiłam większej ilości rzeczy niż dotychczas. Ot, przeczytałam dwie książki i odpisałam na parę zaległych listów. I skupiłam się bardziej na myślach pojawiających się w głowie zamiast ucieczki od nich. Jednak pozwolę sobie tutaj ich nie wyjawiać :D
Zauważyłam, że już po jakichś dwóch godzinach w Internetach jestem porządnie przebodźcowana. Ale nic dziwnego, skoro co chwilę próbuję być na bieżąco z wszelkimi powiadomieniami na Twarzoksiążce czy zdjęciami obserwowanych przeze mnie osób na Instagramie. Trudno będzie z tym walczyć.
Czas w końcu określić, bez czego nie obejdę się każdego dnia, a co choć na chwilę mogę sobie odpuścić.
Cały dzień totalnie offline? To niestety nierealne w dzisiejszych czasach :)
Twarzoksiążka.
niedziela, 30 kwietnia 2017
Ja i Internety
Internety. Czy da się bez nich żyć w dzisiejszym świecie? Nie bardzo. Choć w sumie znajdą się tacy twardziele, ewentualnie przedstawiciele starszych pokoleń. Tu jest po prostu wszystko, co możliwe. A raczej prawie wszystko, bo wujek Google nie ogarnia niektórych moich pytań. W sumie za dużo myślę.
Gdy w końcu miałam okazję na dłużej dorwać się do Internetów, a były to czasy gimbazy, moja działalność tamże ograniczała się do słuchania muzyki na Wrzucie (ktoś to jeszcze pamięta?) i ulepszania konta na Epulsie, gdzie m.in prowadziłam pamiętniczek (huehue), na którym prawdopodobnie znajdowały się treści wysokich lotów. Później, już w liceum, założyłam pierwszego bloga, co było chyba naturalną koleją rzeczy po wyżywaniu się na papierze przez wiele lat.
Po jakimś czasie dotarło do mnie, że w Internetach da się poznać naprawdę fajnych, ciekawych ludzi, a nie tylko jakichś 15-letnich Wojtków będących tak naprawdę 60-letnim Zbigniewem. Niektóre z tych znajomości prędzej czy później mogą przenieść się do realnego świata. I przy okazji pozwiedza się trochę dalekie zakątki Cebulandii.
Twarzoksiążka również trochę mnie wciąga, ale to raczej nie strona główna zawalona wszelkimi rakotwórczymi tworami, a kilka grup, gdzie można wypowiedzieć się na mniej lub bardziej ciekawe tematy. Jednak nie powiedziałabym, że zawsze jest tam sielankowo. W żadnej z nich, a zwłaszcza takiej, której liczba członków jest czterocyfrowa i dalej nie da się uniknąć takiego Janusza czy Grażyny, co to rozpierdoli którąś dyskusję np. obrażając kogoś. Ewentualnie inna osoba rozpędzi się w swoim ekshibicjoniźmie, co w bliższej lub dalszej przyszłości może być przez kogoś wykorzystane.
Od dawna wciąż mówi się o konieczności częstego udzielania się w Internetach, o promocji własnej osoby i tym podobnych rzeczach. Szczerze mówiąc, nie do końca to do mnie przemawia. Przynajmniej w moim przypadku byłoby to takie sztuczne, na siłę. Piszę teksty na blogu tylko wtedy, gdy naprawdę mam o czym pisać i nie patrzę też na godziny publikacji. Nie zamierzam zmieniać szablonu na ten zwany profesjonalnym, obowiązkowo białym. Nie rozkręciłam też porządnie fanpejdża. Z Instagrama zdarza mi się znikać na kilka tygodni. Nie ma mnie na Twitterze czy Snapchacie. Zwłaszcza fenomenu tego ostatniego kompletnie nie ogarniam. To wszystko nie oznacza jednak, że mam coś do atencjuszy (lepszego określenia nie znalazłam).
No dobra, myślę, że to byłoby na tyle luźnych myśli odnośnie mojego bytowania w Internetach.
Twarzoksiążka.
piątek, 14 kwietnia 2017
"Teraz jestem w sile wieku i lepiej już nie będzie. Nigdy."
Ola Radomiak. Jeszcze jakiś rok temu to imię i nazwisko nic mi nie mówiło. Aż pewnego dnia zauważyłam, że na Twarzoksiążce co niektórzy "znajomi" lajkują i udostępniają różne historie z życia wzięte i kartki z pamiętnika z podstawówki.



I właśnie o nie się wówczas rozchodziło, bo zdarzały się osoby, które bezczelnie je podpierdalały, podając za własne. Bywało też, że ktoś wątpił w ich autentyczność. Bo pewnie już samo pismo nie daje do myślenia, takie oryginalne, wcale nie wyuczone w szkole. Ola rozważała rzucenie fanpejdża w cholerę, ale na szczęście na rozważaniu się skończyło.
W chwili pisania tego tekstu Przygody Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego mają na koncie 38258 lajków i ta liczba rośnie z dnia na dzień. W czym tkwi ich fenomen? Na pewno w świetnym poczuciu humoru autorki i bohaterki wydarzeń. W ludziach, z którymi czasem się styka lub często przebywa (babcia wymiata!). W tym, że nie udaje, że jej życie jest takie zajebiste (a w dzisiejszych czasach mało kto ma odwagę się do tego przyznać). I w ogóle jest taka normalna, swojska. Tak jak wielu z nas.
Jakiś czas temu Ola stworzyła świetną grupę. Grupę, gdzie nawet najbardziej nieśmiałe i zamknięte w sobie osoby zaczęły opowiadać o radościach, smutkach, problemach, przypałach...Tematy poważne i błahe. Wśród nich takie, których tak prędko nie wymaże się z pamięci. Często nie nadążam za tym, co tam się dzieje, bo co chwilę ktoś coś ("właśnie zmieniłem/am profilowe"). Ale to dobrze. Tu niektóre osoby są z tych niepowtarzalnych, charakterystycznych, ale to nie o mnie. Ja tam występuję głównie w roli kogoś w rodzaju nieśmiałego obserwatora i komentatora. Tu nie oberwiesz banem za kurwowanie, czy chujowanie. Tu tworzą się przyjaźnie i związki. Nie zawsze jest kolorowo, ale i tak to jedyna grupa, przez którą nie mam życia poza Internetami :D
W realnym życiu również można poznać Olę i przy okazji innych przegrywów życiowych, bo co jakiś czas organizowane są spotkania z nią w różnych miastach. W Piotrkowie również swego czasu takowe się odbyło, ale wówczas nie pasowała mi godzina. A nawet gdyby pasowała, to nie wiem, czy byłabym w stanie udźwignąć kolejny krok odnośnie przekraczania strefy komfortu.
Dobra, napisałam, co miałam napisać. A teraz zajrzę przez chwilę do choć kilkorga z Was.
Twarzoksiążka.



I właśnie o nie się wówczas rozchodziło, bo zdarzały się osoby, które bezczelnie je podpierdalały, podając za własne. Bywało też, że ktoś wątpił w ich autentyczność. Bo pewnie już samo pismo nie daje do myślenia, takie oryginalne, wcale nie wyuczone w szkole. Ola rozważała rzucenie fanpejdża w cholerę, ale na szczęście na rozważaniu się skończyło.
W chwili pisania tego tekstu Przygody Oli Radomiak z Piotrkowa Trybunalskiego mają na koncie 38258 lajków i ta liczba rośnie z dnia na dzień. W czym tkwi ich fenomen? Na pewno w świetnym poczuciu humoru autorki i bohaterki wydarzeń. W ludziach, z którymi czasem się styka lub często przebywa (babcia wymiata!). W tym, że nie udaje, że jej życie jest takie zajebiste (a w dzisiejszych czasach mało kto ma odwagę się do tego przyznać). I w ogóle jest taka normalna, swojska. Tak jak wielu z nas.
Jakiś czas temu Ola stworzyła świetną grupę. Grupę, gdzie nawet najbardziej nieśmiałe i zamknięte w sobie osoby zaczęły opowiadać o radościach, smutkach, problemach, przypałach...Tematy poważne i błahe. Wśród nich takie, których tak prędko nie wymaże się z pamięci. Często nie nadążam za tym, co tam się dzieje, bo co chwilę ktoś coś ("właśnie zmieniłem/am profilowe"). Ale to dobrze. Tu niektóre osoby są z tych niepowtarzalnych, charakterystycznych, ale to nie o mnie. Ja tam występuję głównie w roli kogoś w rodzaju nieśmiałego obserwatora i komentatora. Tu nie oberwiesz banem za kurwowanie, czy chujowanie. Tu tworzą się przyjaźnie i związki. Nie zawsze jest kolorowo, ale i tak to jedyna grupa, przez którą nie mam życia poza Internetami :D
W realnym życiu również można poznać Olę i przy okazji innych przegrywów życiowych, bo co jakiś czas organizowane są spotkania z nią w różnych miastach. W Piotrkowie również swego czasu takowe się odbyło, ale wówczas nie pasowała mi godzina. A nawet gdyby pasowała, to nie wiem, czy byłabym w stanie udźwignąć kolejny krok odnośnie przekraczania strefy komfortu.
Dobra, napisałam, co miałam napisać. A teraz zajrzę przez chwilę do choć kilkorga z Was.
Twarzoksiążka.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Nie ma Internetów! Jak żyć?

Tymczasowy brak Internetów. Prawdziwa tragedia w XXI wieku. Nawet dla tych, którzy większość dzieciństwa spędzili na świeżym powietrzu, ale i tak nie uniknęli uzależnienia. Cóż oni, biedni mają począć?
Nie będą na bieżąco z kolejnymi cyckami na Instagramie. Ani ze zdjęciami dzieci znajomych na Twarzoksiążce. I psimi łbami na Snapchacie. Nie dowiedzą się też, cóż tam słychać u gwiazd Jutjuba. Ale zawsze istnieje jakaś alternatywa. Trzeba tylko chcieć ją znaleźć.
Na codzień mamy w zwyczaju kreować swój wizerunek w Internetach. Innymi słowy, wywalamy niewygodne fakty odnośnie swej skromnej osoby i zostawiamy te, które może znać nawet wścibska pani Halinka z warzywniaka. A czemu by tak nie zrobić porządków innego rodzaju? Innymi słowy, wywalić rzeczy, które jednak wcale nam się nie przydadzą, choć przez lata byliśmy o tym wielce przekonani. I zostawić te naprawdę niezbędne do życia jak tlen.
Nie możemy pisać bloga? Zawsze pozostaje długopis i kartka papieru. Innymi słowy, można zanotować pomysły na kolejne wpisy, o ile mamy takowe. Bo zmuszać się również nie ma sensu. Ewentualnie można...zacząć prowadzić pamiętnik/dziennik/czyjaktotamsięzwie. Przecież Internety na ogół nie pozwalają nam na samoobserwację (czy takie słowo w ogóle istnieje?), bo jesteśmy za bardzo skupieni na życiu znajomych i nieznajomych (tych drugich w szczególności).
Nie wejdziemy też na Jutjuba. Nie przesłuchamy kawałka, do którego link nawinął się gdzieś tam na Twarzoksiążce. W takim wypadku pozostaje nam słuchanie muzyki, którą już dawno mamy na swych wypasionych smartfonach. Ewentualnie pozostaje jeszcze odpalenie płyt w wieży :D
Spragnieni najnowszych plotek raczej nie udamy się na Pudelka/Kozaczka/whatever. Jednak nic straconego. Są jeszcze tabloidy. No i rodzinne imprezki. Wiesz, ten Heniek z Bździnowa Małego pokłócił się ostatnio z Wieśkiem z Wypizdowa Dolnego. Tym swoim kuzynem, który ma tą grubą żonę, co ubiera się w jakieś róże i zielenie. No jak tak można! I jeszcze ta ich córka. Ciągle na czarno. I jakieś dziwne wisiorki nosi. Ciekawe, co na to ludzie w ich wsi.
Nie ma Instagrama, Google Graphics, Tumblra. W takim razie jesteśmy zmuszeni do ruszenia swych szlachetnych tyłków i podziwiania piękna prawdziwej przyrody :D
Wiem, tym postem odkryłam Amerykę, ale przynajmniej wiecie, że wróciłam :D
Twarzoksiążka! KLIK
piątek, 8 kwietnia 2016
Wujek Google, cz. 4

Jednak wujek Google wciąż ubóstwia tego bloga. Oto dowody:
pojazdy na ludzi ktorzy nie chca sie...
Odwalić? Odpierdolić? Coś takiego chyba gdzieś tam istnieje, ale mój mózg nie raczył tego zarejestrować. Czyli trzeba to olać.
nie umiem wyrzucać rzeczy
O tak, kultowe przydasie. Pytanie podstawowe: bez czego nie wyobrażasz sobie dalszego żywota, a co tylko "ozdabia" wszelkie półki/szuflady? Jak trudno się domyślić, rzeczy z tej ostatniej kategorii są do wyjebania/sprzedaży/whatever.
And the winner is...
gotki ile w szafie
Zapytanie skłaniające do rozważań, cóż autor mógł mieć na myśli. Ile gotek zmieści się w szafie? Ile ciuchów mieści się w szafach gotek? A może gotka jest określeniem na jakiś ciuch, którego w życiu me gały nie widziały? A może jakaś gothic girl pomoże w uzyskaniu odpowiedzi? :D
Wujku Google, dawaj no kolejne hasła!
Twarzoksiążka! KLIK
niedziela, 3 stycznia 2016
Weź wyłącz te Internety!

Powiedziała ta, która nie zerka co pięć minut na Instagrama, by sprawdzić, co tam u Charlotte z zespołu Delain. Która wcale nie przegląda przez pół dnia pierdyliarda blogów, oczywiście wcześniej prosząc o linki do nich, po czym stwierdza, że większość jest taka nudna i banalna i może znalazły się ze dwa godne uwagi. Która nie wchodzi ot tak na Twarzoksiążkę co sekundę, bo akurat dioda w Soniaczu migała na niebiesko. I nie zagląda na Demotywatory, bo od nich obniża się Aj Kju. No i co, droga Ewelino? Myślisz, że ktoś ci uwierzy?
Jestem chyba największą przeciwniczką postanowień noworocznych na tej nieszczęsnej planecie, w dodatku cierpiącą na słomiany zapał. Jednak uważam, że jest pewna rzecz do poprawy. W sumie można wystartować obojętnie kiedy (o ile jeszcze trochę pożyję), ale im wcześniej, tym lepiej. Mowa o Internetach, w które wsiąknęłam już wiele lat temu, na długo przed rozpoczęciem przygody z blogosferą i nawet nie posiadając czegoś takiego jak komputer: wystarczyło odwiedzić kuzynów. Może daruję sobie dalszą opowieść, wszak każdy wie, jak zachowuje się nastolatka "na głodzie", gdy rodzice na jakiś czas odłączają ją od "drugiego, fajniejszego życia".
Mogłoby się wydawać, że teraz nie jest aż tak źle, że dorosłam, ogarnęłam się i takie tam. Bullshit! Czytam książki? Owszem, przynajmniej kilkadziesiąt stron dziennie. Wychodzę z domu? Owszem, z wyjątkiem takich najgorszych mrozów. Interesuję się życiem domowników? Jak najbardziej. Dbam o porządek w domu? W sumie tak. Do tej listy mogę jeszcze dorzucić robienie notatek, z których może powstanie kolejny wpis na bloga. I wiele innych rzeczy, o których nie zamierzam jednak wspominać.
Ale cokolwiek by nie mówić/robić, w tle wciąż słychać ten sygnał powiadomienia i nieustannie miga ta wkurwiająca dioda.
W Nowy Rok wyłączyłam smartfona na jakieś 2 godziny. W tym czasie czytałam książkę. Powtórzyłam tą czynność ok. 1 w nocy, gdy położyłam się do łóżka. Usnęłam dopiero ok. 5. Smartfon cały czas był wyłączony. Aż tak bardzo brakuje mi Internetów?
PS. Nie trzeba zaraz kasować swych kont z wszelakich portali, ale taka długotrwała posiadówa nie wychodzi nikomu na zdrowie. Mi np. trzęsą się ręce.
niedziela, 24 maja 2015
Wujek Google, cz. 3

Brak weny jest naprawdę dobijający. Chociaż w sumie mam ostatnio o czym pisać, nie jestem pewna, czy ten blog jest idealnym miejscem do akurat takich rozważań. Póki co łapcie najlepsze hasła, które ludzie wpisali w Googlach. Enjoy! :D
wygladam jak gimbus
Ciesz się! :D
ludzie ktorzy maja wkurwiajaca gadke
Jaaa! :D
myślenie starszych ludzi to ciemnogród
Niektórych owszem :)
pamiętnik został spalony blog
True story :(
A na koniec prawdziwy hit:
jeb jeb disco polo lata 90
Także jest wesoło :D
niedziela, 22 marca 2015
Wujek Google, cz. 2

Ludzie znowu wykazali się niesamowitą pomysłowością odnośnie pytań kierowanych do wujka Google. Oto i one:
black is fucking blo.de
A to, co wyskakuje po wpisaniu tego hasła jako pierwsze...No comment :D
fuckin.plogspot.com
:D
pepek swiata ktos czytal
Nie czytał.
blog kryzys mam
Witaj w klubie :D
kata2 sindiran buat orang sombong
Przetłumaczy ktoś? :D
co 12 latka moze pisać na blogu
O tym, że życie jest takie ciężkie, bo jutro klasówka z "pszyry" :D
No to sprawdzam, czy coś nowego nie wyskoczyło :D
niedziela, 22 lutego 2015
Żyję

Chwilowo jestem. W związku z tym, że ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na pisanie bloga, a już tym bardziej na zaglądanie na Wasze, daję znak życia teraz. Myślę, że za jakiś tydzień dam radę częściej się udzielać w tej zajebistej części Internetów, jaką niewątpliwie jest blogosfera :)
Mam gdzieś tam zapisane tematy nadchodzących wpisów i w sumie mam dylemat, od którego zacząć. Albo inaczej: zastanawiam się, czy jest w ogóle sens poruszania któregokolwiek z nich. Nie, nie podam ich teraz. Jakiś surprajs musi być :) Generalnie truuudneee spraaawyyy :D Jak już dojdę do rozwiązania tego jakże poważnego problemu, jakiś post w bliskiej przyszłości powstanie.
Odkąd parę dni temu opublikowałam najlepsze kwiatki wujka Google, pojawiły się kolejne cuda, także jeszcze wiele razy dam Wam się pośmiać. Wyobraźnia ludzi nie zna granic :D
W ramach pożytecznego spędzania weekendu robię większe porządki, czy też przynajmniej próbuję. Wczoraj na przykład zaczęłam od pozbycia się jakichś zeschniętych lakierów do paznokci. Niektóre chyba tak przeleżały parę lat :D Robię również porządki w Internetach, tzn. pozbywam się dawnych, kompromitujących wpisów z poprzedniego bloga. Nie, nie martwię się, że ktoś z dawnych "znajomych" tam sobie zerknie, bo co oni mnie obchodzą? Ale faktem jest, że są osoby, dla których przeczytanie co niektórych dyrdymałów będzie strasznym przeżyciem. Chodzi o rodzinę. Przed skasowaniem konkretnego wpisu, przepisuję go do zeszytu, także będę sobie utrudniać życie poprzez powrót do przeszłości :D
Tradycyjnie wpis o niczym, ale przynajmniej wiecie, że żyję :D
sobota, 14 lutego 2015
Wujek Google

Ten blog najwyraźniej robi się coraz bardziej "fejmes", bo ludzie znajdują go po ciekawych hasłach. Notuję je na bieżąco i mam niezły ubaw. Oto i kilka najlepszych!
pisanie z dwunastolatkami Z pewnością to to samo, co pisanie bloga przez dwunastolatkę.
gimnazjum to piekło blog Czyli nie tylko u mnie było.
lumpeksy wciaz popularne Ale i tak najlepsze ciuchy zgarniam ja :D
dlaczego słuchasz eski A dlatego, bo nie słucham.
jak mogę życie zmieniło się po fuck it A tak bardziej po polsku maybe?
bez czego nie wyobarzam sobie dnia No to poznałam nowe słowo :D
Pozdrawiam z podłogi :D
poniedziałek, 9 lutego 2015
Teksty ludzi, których nie ogarniam, cz. 2

A może w tytule lepiej byłoby napisać "opinie"? Tym razem rzucę cytatami z pewnego tekstu w Internetach, znajdującego się na mało popularnej stronie, jednej z tych, gdzie ludzie wylewają swoje żale. A gdy pod owymi żalami pojawiają się komentarze od jakiegoś Pana Mądralińskiego, robi się ciekawie. Można się pośmiać, czy też wkurwić. Ja osobiście bardziej mam bekę z tych bzdetów będących kolejnym dowodem na to, że ciemnogród wciąż ma się dobrze. A oto i one!
"Dziewczyna, która ma 20 lat i dotychczas nie miała chłopaka, musi być albo brzydka, albo przeciętnej urody"
A może po prostu czeka na tego jedynego? Albo ignoruje zaloty byle debila, co w kilkuwyrazowym słowie robi kilka błędów ortograficznych? Albo jest nieśmiała, czy introwersyjna.
Możliwe też, że wcale nie chce mieć chłopaka. Co do urody, to zdarza mi się widzieć na ulicy pary typu on przystojny, ona brzydka. I na odwrót. I co na to Pan Mądraliński? :D
"Zadawaj się z imprezowiczami, nawet jeśli ich nie lubisz."
Gdzie tu sens? Po co się męczyć? Lepiej już siedzieć w domowym zaciszu i oglądać jakieś "Rozmowy w Tłoku", czy czytać porno z wampirami. A nie na siłę robić z siebie niewiadomo kogo przy ludziach, na których i tak nam nie zależy. A, i jeszcze ci pozerzy przy swoich zajebistych, imprezowych znajomych są w stanie nie przyznawać się do znajomości z introwertykami, choć istnieje spore prawdopodobieństwo, że sami nimi są (to znaczy pozerzy). Buhahaha.
"Ubieranie się w lumpeksach to największa siara."
Ja bym raczej siarą nazwała nabijanie się z ludzi tam kupujących. I w ogóle ci, co głoszą takie poglądy, sporo tracą. Bo oprócz lumpów, w których większość ciuchów to zwyczajnie szmaty, które można prędzej założyć do sprzątania, czy prac w polu, są też te lepsze, z ładnymi ubraniami, często jakościowo lepszymi od tych z popularnych sieciówek. I do takich właśnie chodzę. Ale jak ktoś woli wydawać stówę, czy dwie na jakąś szmatę, co rozpieprzy się po pięciu praniach, to w sumie nie moja sprawa. I nie moja frustracja :)
Naprawdę ubawiłam się nieźle :D
niedziela, 12 października 2014
Internety uratowały mi życie

Tak, tak. Nie tak dawno pisałam o tym, jak Internety pochłonęły czas, który mogłabym spędzić bardziej produktywnie, a teraz taki tytuł daję? No cóż, dalej uważam, że za długo przebywam w wirtualnym świecie, gdzie w przeciwieństwie do tego realnego jestem taka zajebista (chociaż nie robię z siebie niewiadomo kogo), ale w pewnym sensie wpłynął też na mnie pozytywnie.
Gdyby nie Internety, byłabym dziś wieśniarą o ograniczonych horyzontach myślowych. Przecież na okrągło słyszałam, że metal,ba, nawet rock to tylko jakieś darcie ryja, a odmienna orientacja seksualna to tylko wymysł głupich nastolatków, którym kompletnie się w dupie poprzewracało. Poza tym dorosła kobieta powinna na dobre porzucić luzackie ciuchy na rzecz eleganckich. Gdy będzie miała dzieci, dawno zapomni o Conversach.
Oczywiście słuchałam też tylko radiowych hitów, czy disco polo, i przyjęłam myślenie rodzicielki odnośnie rocka, że to za ostre i w ogóle. W czasach podstawówki do tego worka wkładałam również Avril (huehue). Nie miałam też gustu odnośnie ciuchów, zwyczajnie nosiłam to, co kupowała mi mama. Oglądałam też durne telenowele w telewizji. Nie zastanawiałam się też nad tym, czy to, co robię, ma sens, czy nie. Byłam taka sama jak wszyscy.
Już nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na Wrzutę i przesłuchałam kilka rockowych kawałków, które mi się spodobały. Moja rodzicielka była innego zdania, lecz zignorowałam to. Zaczęłam się udzielać na różnych forach, gdzie poznawałam więcej takiej muzyki.
Stałam się bardziej tolerancyjna, gdy zdobywałam większą wiedzę odnośnie ludzi uznawanych powszechnie za "innych". Poznawałam ich historie na forach czy blogach. W niektórych odnajdywałam siebie, bo sama wielokrotnie obrywałam.
Przestałam bezkrytycznie patrzeć na to, czym karmią nas media. Pewnego dnia stwierdziłam, że większości z tego, co leci w telewizorni nie jestem w stanie zdzierżyć. Gdy parę miesięcy temu zmuszałam się do obejrzenia jakiejś durnej komedii romantycznej, dziwiłam się, jak mogłam kiedyś czymś takim się jarać. Gdy skądś dochodziło do moich uszu disco z pola, zgrzytałam zębami z irytacji.
Teraz, dzięki Internetom znajduję to, co faktycznie MI się podoba.
Internety przydają się także do szlifowania języka obcego. W moim przypadku wciąż jest to angielski. Czytam sobie różne rzeczy w tym języku, np. wywiady z moimi idolami, odpalam jakieś filmiki na Jutubie i takie tam.
Internety uratowały mi życie :)
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Ach, ta Twarzoksiążka!

Wciąga, uzależnia, robi siano z nielicznych komórek mózgowych, które nam jeszcze pozostały. Po prostu Twarzoksiążka. To ta podstępna suka sprawia, że miliony ludzi na całym świecie porzucają realne życie na kilka lub kilkanaście godzin. Cóż oni takiego fascynującego tam robią?
Wstawiają pierdyliard słitaśnych fotek swojej facjaty z lewego i prawego profilu, najlepiej w brudnym lustereczku, z dzióbkiem, w tle może być rozpiździel na podłodze, a co tam! Oczywiście zdjęcia przed wstawieniem obrabiają w Fotosklepie. Co jakiś czas dodają linki z Jedyną Słuszną Muzyką, znaną jako hity Eski. Nie znasz? Die in hell, bitch! Piszą coś o grubym sobotnim melanżu, gdzie różne ciekawe rzeczy się działy, a tak naprawdę grzali swoje szlachetne tyłki przed telewizorem podczas milionowego odcinka "Mody na Porażkę".
Twarzoksiążka to pole bitwy. Bitwy na lajki. Widzimy, że zdjęcie kogoś z naszych znajomych zebrało w godzinę dwieście kciuków w górę od swych "friendsów"? Nie będziemy gorsi. Długi czas zajmuje nam wybór najsłitaśniejszej foci, żeby tak zebrać 250 lajków. Widzimy, że wiele osób zbiera sto lajków pod zdjęciem, a u nas rekordem jest trzydzieści? Łapiemy doła i zastanawiamy się, co z nami do kurwy nędzy jest nie tak. Ból dupy, może jeszcze depresja i morze kompleksów. Co ten portal robi z ludźmi...
Może będzie to trudne do zrozumienia dla wszelakich desperatów i frustratów, ale nie wszyscy są piękni i bogaci. A nawet te ponoć idealne osobniki mają jakieś mniej lub bardziej poważne problemy, o których nie będą mogli opowiedzieć nikomu z tysiąca twarzoksiążkowych znajomych, bo nie znajdą u nich pomocy, zrozumienia . Smutne to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




