Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2018

Niepowtarzalni blogerzy



Kiedyś zdarzało mi się tutaj narzekać na brak oryginalności w blogosferze. Jednak od czasu do czasu trafiałam na prawdziwe perełki. To będzie długi tekst. Tekst o paru blogerach, których szczególnie zapamiętałam. Nie były to jakieś fejmy z tysiącami lajków (w ogóle tylko jedna spośród tych osób prowadziła kiedyś fanpage), ale co z tego? Nie użyję ich imion, czy nicków, choć być może (a raczej ze sporym prawdopodobieństwem) ci, którzy czytają tego bloga od początku lub prawie, zorientują się, o które osoby chodzi.

Najbardziej wryła mi się w pamięć pewna dziewczyna, młodsza ode mnie o kilka lat. Spokojnie godziła ona bujne życie blogowe (pod jej tekstami często miały miejsce dyskusje na co najmniej sto komentarzy!) z byciem wzorową uczennicą. Już jako nastolatka miała skrystalizowane lub dopiero kiełkujące poglądy odnośnie spraw, którymi ja w tym wieku kompletnie nie zawracałam sobie głowy. To dzięki jednemu z jej tekstów dowiedziałam się, że zaliczam się do, wbrew pozorom, dość licznego grona introwertyków. Poruszała także m.in. tematy wiary, psychopatów, wegetarianizmu, feminizmu... Ktoś może dziwić się, że z bloga jakiejś siksy wynosiłam wartościową wiedzę, ale tak właśnie było. Czasem też zastanawiała się ona, co by było, gdyby ktoś z jej rodziny lub bliskich znajomych go odkrył, ale spójrzmy prawdzie w oczy - sama się w pewnym stopniu podkładała. W końcu nie tylko zdradziła swoje imię czy zamieszkiwane wówczas województwo, ale i nazwisko oraz sporo faktów nie tylko o sobie, ale także o rodzinie. Mało tego, opisywała szczegółowo pewne sytuacje dziejące się w szkole. No i zdarzyło jej się wrzucić selfie. Pomimo tego wszystkiego żadna z niepowołanych osób nigdy nie odkryła bloga i to właśnie najbardziej intryguje mnie do dnia dzisiejszego. Bo niby jakim cudem?

Inna blogerka pewnego dnia postanowiła zostawić tutaj pierwszy komentarz, więc siłą rzeczy wkrótce zajrzałam do niej. Wielokrotnie zmieniała ona nicki (i rzadziej także adresy bloga), jednak jej stylu pisania nie dało się pomylić z żadnym innym. Ależ go jej zazdrościłam! I tego, że potrafiła tak świetnie oddać to, co siedzi w jej wnętrzu, podczas gdy ja miałam z tym problem nawet tak tylko dla siebie, na papierze. I zastanawiałam się, czemu nie pisze książki, bo z pewnością znalazłaby ona wielu odbiorców. Z powodu takiego, a nie innego stylu zdarzyła się nawet sytuacja, że ktoś zaczął podejrzewać nieprawdziwość wydarzeń opisanych w jednym z tekstów. Z początku brałam ją za moją rówieśniczkę lub nawet trochę starszą, tymczasem okazała się być trochę młodsza. Jak wielu innych czytelników kibicowałam jej w pokonywaniu lęków i mierzeniu się z życiem, od którego przez jakiś czas uciekała. I wygląda na to, że jej działania przynosiły pozytywne efekty, o czym też zdarzało jej się pisać. Od paru miesięcy nie daje żadnego znaku życia. Czy jeszcze wróci na bloga? A może życie pochłonęło ją do tego stopnia, że stał się jej zbędny? Czas pokaże.

A na koniec będzie o tym, który na pewno już nie wróci. No bo jak? Był moim pierwszym nowym czytelnikiem, odkąd ostatecznie zdecydowałam o opuszczeniu Onetu na dobre. Miał dość oryginalne imię, które z początku uznałam za pseudonim. Pewnego dnia mocno zaintrygował mnie stwierdzeniem, że co niektórzy nawet Mozarta uważają za kicz (a może jednak to był Chopin?). W każdym razie uznałam, że będę na bieżąco z jego kolejnymi tekstami, co jednak nie zawsze mi się udawało. Może jednym z powodów była ich długość? Ale takie musiały być. Głupio byłoby ważne tematy ująć w kilku zdaniach i bye. W komentarzach za to nie zawsze był hiperpoważny, nierzadko chociażby nadużywał w nich XD. Taki człowiek o dwóch twarzach i pewnie też innych, których zdecydował się nie ukazywać w Internetach. A może jednak? Był dla wielu z nas nie tylko starszym bratem czy kumplem, ale i też nauczycielem życia. I czerpał z niego tak mocno, że starczyłoby dla tuzina osób. Tak ciekawe ono było. I nie brakowało w nim przypałów, o których też zdarzało mu się pisać. Miał tak wielki apetyt na życie, że wciąż gdzieś gnał. Mało kto miałby odwagę, by żyć tak jak on. Mało kto jak on miałby w sobie tyle zrozumienia, empatii nawet dla ludzi z gatunku tych, których się omija, którymi się pogardza. Niesamowita wrażliwość. Nie uważał się za nikogo wyjątkowego, ale taki właśnie dla nas był. I nagle tamten listopadowy dzień, ostatni post, który z początku wzięłam za jakiś żart. Ale to nie był żart. To był list pożegnalny. Nie zgadzałam się. Przecież on miał tylko 27 lat! Ale jednak. W pewnym momencie jego serce nie wytrzymało. I prawdopodobnie wielu z tych mających styczność z jego słowami przez tamte dziesięć miesięcy, nie zapomniało.

Obecnie już znajduję kolejne ciekawe osoby. Jedni chcą sławy, inni piszą po prostu z potrzeby pisania. Może i o nich kiedyś wspomnę? Może przyszłoroczny Share Week będzie ku temu dobrą okazją? Zobaczymy.

środa, 13 czerwca 2018

Drogie Bravo, jak żyć?

Kilka miesięcy temu skończyła się pewna epoka. W Kraju Kwitnącej Cebuli przestano wydawać Bravo. To wszystko przez te Internety podobno. A raczej na pewno. Dlaczego dopiero dziś poruszam ten temat? Bo mogę.



Bravo. Prawie każdy, kto dorastał w latach 90. i późniejszych miał choć przez chwilę to czasopismo w rękach. Nie każdy do tego się przyznaje. Bo to taka Taylor Swift słuchana przez fana metalu w domowym zaciszu. Albo książka Katarzyny Michalak czytana przez kogoś, kto na ogół sięga po ambitniejszą literaturę. Guilty pleasure. Jedni ukrywali fakt czytania przed znajomymi (bo to siara pewnie), inni wręcz przeciwnie - robili sobie razem z nimi bekę z pytań typu czy od pocałunku można zajść w ciążę.

Z czego składało się Bravo? W dużej mierze zawierało wszelkie ploty z życia gwiazd, które krzyczały już do nas z okładki jak w każdym możliwym tabloidzie. Niezależnie od tego, czy było tam choć ziarenko prawdy, czy też nie, i tak kupowaliśmy kolejny numer, jeśli znalazło się tam coś o naszych idolach. Sama do dziś zachowałam sporą kolekcję artykułów, wycinków i plakatów z Avril i przy okazji większego sprzątania mam niezły ubaw.

Gwóźdź programu? Słynne różowe strony, które przeglądaliśmy, o ile rodzice co niektórych z nas nie zdążyli ich wcześniej wyrwać. To z nich czerpaliśmy pierwszą wiedzę o seksie, bo często nie mieliśmy z kim na takie tematy porozmawiać, a lekcje wychowania do życia w rodzinie szału nie robiły.

Były jeszcze fotostory, które wciągały, choć zawsze kończyły się do porzygu szczęśliwie, najczęściej pocałunkiem świeżo zakochanej pary.

I dodatki. Przeróżne. Począwszy od naklejek, a skończywszy na takich oto (swoją drogą, oczywiście lipnych) kosmetykach:



Pamiętam, że jakoś w 2005 roku, chyba wiosną, dodatkiem był nawet żel przeciw pryszczom, po którym wyskoczyły mi na twarzy paskudne czerwone plamy, które schodziły przez jakieś 2 tygodnie :D

Czego by nie mówić, to były jednak fajne czasy.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017 - podsumowanie

O ile rok 2016 był dla mnie tym przełomowym, o tyle o 2017 nie da się tego powiedzieć. Nie oznacza to jednak, że był on w stu procentach zły lub zmarnowany. To jaki w takim razie? Właściwie trudno go idealnie zdefiniować.

Czasem łaziłam po Piotrkowie ot tak, bez żadnego konkretnego celu. Bo kto powiedział, że po załatwieniu różnych spraw mogę tylko obrać kierunek Focus lub wrócić do domu? Skręcanie w olewane dotychczas ulice - to jest to. Jest ciekawiej.




Zmieniłam trochę wygląd. Przez ostatnią dekadę różne rzeczy wyczyniałam z włosami, ale jedno się nie zmieniało - były długie, czasem niemalże do pasa. Pewnego majowego dnia zaszokowałam nieco fryzjerkę, gdy zachciało mi się skrócenia ich do zaledwie paru centymetrów za ramiona. Parę dni później przefarbowałam je na ciemny brąz.



A przedwczoraj jeszcze bardziej dojebałam z tą krótkością. Efekt jest super. I to nie tylko moja opinia. :)



Tym razem nie przejechałam połowy Polski. Może to i dobrze, bo nigdy nie byłam jakąś wielce zapaloną podróżniczką. Najdalej w tym roku byłam w Łodzi. Odkrywałam to miasto na nowo - zarówno w samotności, jak i w niewielkim, introwertycznym gronie. :) Były parki, piękne murale, trochę ulicy Piotrkowskiej, Manu, Manekin i inne takie... Jeszcze z Łodzią nie skończyłam, lecz z pewnością nie wyobrażam sobie jej jako miejsce zamieszkania.





Przeczytałam ponad 30 książek i obejrzałam trochę mniej filmów. Czyli nie było źle z tym moim ukulturalnianiem się.

Jednak w tym podsumowaniu więcej będzie o Internetach.

Pogodziłam się z tym, że atencyjną dziwką to ja nie jestem. I przestałam z tym walczyć. Tak już po prostu jest. Nie mam potrzeby częstszego udzielania się w Internetach i to jest naprawdę w porządku. Kto powiedział, że trzeba być gwiazdą?

Ilość wyświetleń bloga przekroczyła 70k i przybyło kilkunastu nowych czytelników. I wciąż się dziwię, że komuś jeszcze chce się tu zaglądać. Przecież ostatnimi czasy jestem najgorszą blogerką ever. :D A, i jeszcze 83 polubienia fanpejdża. Szalejecie, ludzie :D

Chciałam częściej coś tu publikować. Jak wyszło? No nie wyszło.

Na pewnym czacie garstka osób miała możliwość usłyszenia mojego głosu. Nie lubię go jednak, więc nigdy nie zostanę youtuberką.

Dołączyłam do świetnej grupy na Twarzoksiążce. Radomiaki życiem. #piotrkówkurwa

Dobra, dość już tej kompromitacji. No to szczęśliwego 2018!

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Avril, ach to ty!

Pamiętacie może lata ok. 2007 - 10, kiedy to zarówno w wielkich miastach, jak i w Wypizdowie Małym można było kupić różne dziwne rzeczy? Jakieś jaskrawe tiszerty z czachami, pieszczochy z ćwiekami, paski do spodni w szachownicę i inne takie. Ponadto czasopismo, którego tytuł brzmiał nie inaczej jak Bravo (i które wszyscy czytali, choć na ogół się nie przyznają) pewnego dnia wypuściło dodatki takie jak kredka i lakier, oczywiście koloru czarnego. Weszłam wtedy w posiadanie owych, a ich jakość szału nie robiła. I niedawno z pomocą wujka Google przypomniałam sobie, jak wyglądały. Czy Wy to widzicie? Emo. EMO.



Nie mam wątpliwości, że jedną z osób odpowiedzialnych za całe to zamieszanie była Avril Lavigne, moja ówczesna idolka. Tak jak i milionów innych osób w przedziale wiekowym 10 - 20.



O istnieniu kogoś takiego jak Avril wiedziałam od dawna, w końcu słyszałam jej starsze hity jak Complicated czy He Wasn't i odmóżdżałam się czytając wspomniane Bravo. Tam z kolei co chwilę owa wokalistka była określana jako księżniczka punk rocka (huehue) czy coś w ten deseń. Nie to jednak sprawiło, że pewnego dnia zaczęłam się interesować jej muzyką i nią samą.

Pewnego dnia (był to bodajże rok 2007) w jakichś okolicznościach (już zapomniałam, czy w którymś radiu, czy może na sali gimnastycznej w gimbazie) usłyszałam Girlfriend. Tak, tą samą piosenkę, po usłyszeniu której niektórzy starzy fani prawdopodobnie pomyśleli : Co to kurwa jest? Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o kupnie płyty The Best Damn Thing, z której ów hit pochodzi. Jednak na jakiś rok się wstrzymałam.
A potem nabyłam również pozostałe dwie, czyli Let Go i Under My Skin. I się zaczęło słuchanie ich całymi dniami, co niekoniecznie podobało się rodzicom. O dziwo, miałam to gdzieś. Ponadto zdarzało mi się wówczas tłumaczyć teksty piosenek Avril. Na tym oczywiście się nie skończyło.

W wakacje poprzedzające moje pójście do trzeciej klasy gimnazjum zaczęłam malować się na wzór Avril - grube, czarne krechy. Wyobraźcie sobie, jak przekomicznie musiało to wyglądać, zwłaszcza przy naprawdę bardzo małych oczach. Oczywiście nie była to wersja do szkoły, a tam przypierdalano się nawet do lekkiego makijażu. O dziwo, nikt nie miał nic przeciwko, gdy we wrześniu rozjaśniłam włosy. One sprawiły, że w połączeniu z czarnymi ciuchami (wszelkie pastele i inne oczojebności dałam Młodej) i bardzo bladą cerą byłam taką brzydszą wersją swej idolki.



Wielu byłych/obecnych fanów Avril na pewno kojarzy jej firmę odzieżową Abbey Dawn. Oczywiście nie było mnie stać na rzeczy z niej, dlatego też mniej lub bardziej świadomie nabywałam podobne na hali lub w Focusie. A byłam już w liceum i o dziwo, nikomu to nie przeszkadzało. Większości tamtych ciuchów już nie mam, ale do dziś pamiętam różową bluzę w czarne czachy czy jakąś żółtą tunikę z dziwnym nadrukiem, w której wyglądałam naprawdę tragicznie. Ostatecznie jednak czerń górowała nad innymi kolorami.

2010 był rokiem, w którym udzielałam się w Internetach częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Wtedy to założyłam pierwszego bloga na legendarnym Onecie, a pomiędzy tym wydarzeniem a założeniem konta na Twarzoksiążce odkryłam fora. Fora fanów Avril, bo jakżeby inaczej. Było ich wtedy kilka, ale najbardziej liczyło się to jedno. Takie najmniej liczne, jakby elitarne. Na codzień udzielało się tam może kilkanaście osób. W chwili mojego dołączenia forum to istniało jakieś pół roku. Jak na horom curke przystało, nie zaczęłam od szczególnie mądrych wypowiedzi. Szybko zarobiłam dwa ostrzeżenia :D Z czasem jednak w miarę się zaaklimatyzowałam i brałam czynny udział m.in. w dyskusji odnośnie czwartej płyty Avril, której termin wydania był ciągle przekładany. Przy okazji różnych wymian i sprzedaży udało mi się zgarnąć różne materiały prasowe, które gdzieś kiedyś mi zaginęły. Poznałam parę ciekawych zespołów, z których najbardziej polubiłam Sum 41. A przede wszystkim w jakimś stopniu nauczyłam się mieć własne zdanie. Wcześniej ściemniałam, że i moją ulubioną płytą jest Under My Skin, choć zdecydowanie wolałam The Best Damn Thing :D Forum ostatecznie wysiadło jakieś 5 lat temu, a potem jego kontynuacja miała miejsce na Facebooku. Szczególnie długo to jednak nie potrwało.

Wkrótce moje zainteresowanie Avril zaczęło maleć. Kupiłam jeszcze płytę Goodbye Lullaby, ale następnej, Avril Lavigne już nie, choć kilka kawałków z niej nawet mi się spodobało. Nie byłam już blondynką i tak pozostało po dziś dzień. Czarny kolor nadal jest tym najlepszym. Artykuły z odmóżdżających czasopism zostawiłam na pamiątkę. Tamtych paru lat zdecydowanie nie uważam za stracone.

Z cyklu Trudne wyznania. Raz na ruski rok zdarza mi się sprawdzać, co tam u niej słychać. I chciałabym poznać sekret jej wiecznej młodości :D

Twarzoksiążka.

sobota, 31 grudnia 2016

2016 - podsumowanie


Hejeszki! Nie wiem, czy ktokolwiek z Was to w tej chwili czyta, bo w końcu nadszedł przez wielu oczekiwany Sylwek. Jedni się bawią, inni pracują. Tak czy owak, kończący się już rok 2016 uznaję za jeden z tych lepszych, jeśli nie najlepszy. Nie był też jednak idealny. No to może bez zbędnego pierdolenia przejdę do rzeczy.

Po wielu latach wróciłam do pisania listów. I wciąż lubię to tak jak kiedyś. Poznałam w ten sposób parę świetnych osób. Z niektórymi kontakt się urwał, ewentualnie listy zwyczajnie nie dotarły do adresatów. Bywa. Ale i tak zamierzam to kontynuować, bo pisze mi się coraz lepiej :)

Często przekraczałam granice strefy komfortu. Szczerze mówiąc, gówno to dało. Może po prostu nic na siłę?

Zwiedziłam kawałek Polski. I to te dość odległe miasta: Kraków, Lubin, Wrocław. Przywiozłam z nich wiele zdjęć i jeszcze więcej pozytywnych wspomnień. Czy w 2017 też gdzieś pojadę? Czas pokaże.

Zobaczyłam Delain na żywo. A niemalże do końca wydawało się to nierealne. Znalazło się jednak świetne towarzystwo, więc nie było przeszkód. Nie dość, że świetnie się bawiłam, to jeszcze mam zdjęcie z Charlotte :)

Rzadziej udzielałam się na blogu. No dobra, u Was też. Nie znam przyczyny takiego stanu rzeczy, zwłaszcza, że często mam pomysły na nowe teksty.

Parę planów poszło się jebać. Jest to jednak tym razem głównie moja wina.

Uświadomiłam sobie parę spraw. Jednak możliwe, że dojście do kolejnych zajmie mi miesiące, jeśli nie lata. Najważniejsze, że powoli ruszam do przodu.

Samotny Sylwester. Teraz. Po raz pierwszy naprawdę z wyboru. Odpoczynek od ludzi często jest czymś nieosiągalnym, a jednocześnie bardzo potrzebnym.

No to tak. Szczęśliwego. Zero wkurwienia. Samych dobrych wspomnień. I zdrowia przede wszystkim.

Twarzoksiążka!

środa, 9 listopada 2016

O tym, jak wywiało mnie niemal na koniec Polski.

Wow, taki tam powrót na bloga. Ktoś mnie jeszcze pamięta? Ponad 2 tygodnie temu byłam w Krakowie. Wiem, niezły mam zapłon pisząc o tym dopiero teraz. Ale lepiej późno niż wcale!

A zapowiadało się inaczej. Miałam jak zawsze być jednym z tych życiowych przegrywów, wiecznych przymułów, którzy muszą zadowolić się jedynie filmikami z koncertu swojego ulubionego zespołu na Jutjubie. Spośród miast, w których Delain miał dać czadu, oczywiście stawiałam na Warszawę, bo bliżej. A tam, jak trudno się domyślić, nie miałam z kim się wybrać. Tak mijały dni, aż okazało się, że jednak będzie dało się wyrwać z domu, tyle, że do Krakowa. Tam musiałam dotrzeć sama (jednak istnieje bezpośredni autobus z Piotrkowa, wow!), ale od dworca miałam już towarzystwo. Po niewielkiej ilości snu i kilkugodzinnej jeździe (jeszcze był chwilowy postój w Częstochowie) nie nadawałam się już do niczego, dlatego też zwiedzanie tej słynnej, atrakcyjnej części miasta ruszyło następnego dnia.

Chujowa pogoda nie sprzyjała szlajaniu się po Wawelu czy Rynku Głównym, ale co tam! Jeszcze zanim tam dotarliśmy, wciąż widziałam coś ładnego, co dobrze byłoby uwiecznić, ale jednak po części odpuściłam. Ładne kościoły, ciekawe malunki, Wisła... Tłumy ludzi. Pewnie jakieś szkolne wycieczki. Ale czy w Krakowie to takie dziwne? Na Wawelu również tłumy ludzi i to mówiących w pierdyliardzie języków. Chyba wyłapałam hiszpański. Tym razem nie żałowałam pamięci w Hujałeju. Nawet całkiem wyraźne te zdjęcia wyszły. No i rynek. Kościół Mariacki, Sukiennice, te sprawy... I znów wielojęzyczny tłum ludzi. Hejnał o 15:00. Restauracja, w której jadłam pyszne pierogi, choć z początku rozważałam spróbowanie czegoś nieznanego. I gdzie ludzie byli zbyt głośni. I jeszcze to cholerne disco polo :D Omal zapomniałabym o kieliszkach dobrego wina dodanych do posiłków.



















Dosłownie chwila odpoczynku przed głównym celem mojej podróży. I prawie godzinna jazda do klubu o nazwie Kwadrat.
Bilety kupiliśmy dopiero na miejscu, bo decyzja o wyruszeniu na koncert została podjęta dość późno. No problem, bo Delain póki co nie należy do zespołów cieszących się w Polsce oszałamiającą popularnością, choć byli tu już kilka razy.
Klub jest dość mały, ale jednocześnie wystarczająco pojemny na te trzysta/czterysta osób, czy ilu nas tam było. W dodatku zdarzyli się ludzie, którzy ulotnili się po występach supportów, zwłaszcza Evergrey (swoją drogą, ten zespół świetnie wypadł na żywo, więc z ich dyskografią chętnie się zapoznam). Kobra and the Lotus występujący na samym początku również spisali się nieźle.



Tak, to byłoby na tyle w kwestii zdjęć. To powstało, zanim ekipa Delain pojawiła się na scenie. Udało mi się nagrać pierwsze kilka minut koncertu, ale niestety film wyszedł do góry nogami :D Nici z wrzucenia choć niewielkiego fragmentu na Instagrama. #problemypierwszegoświata
Muzyka była oczywiście ostrzejszym napierdalaniem niż na płytach. I o to chodziło :D
Ta noc niewątpliwie należała do Charlotte, jej pięknego uśmiechu, energii, błyszczącej kiecki i małej znajomości polskiego :D Ta dziewczyna potrafi porządnie rozkręcić publikę. Ale się naskakaliśmy! Dobrze wybrałam buty, bo parę razy nadepnięto mi na pseudoglany. Trudno się jednak dziwić z racji dobrze bawiących się ludzi i dość niewielkiej przestrzeni. Na końcu byłam już prawie nieżywa :D

Najwytrwalsi fani zostali po koncercie. Wiedzieliśmy, że ekipa Delain niedługo do nas wyjdzie. Z początku pojawili się wszyscy prócz Charlotte. Stanęli za barierką i rozdawali autografy. I ja zebrałam kilka. Potem niektórzy robili sobie z nimi zdjęcia, a reszta nadal czekała na uroczą frontmankę. Wiedziałam, że najpierw przebierze się z szałowej kreacji i może będzie chciała jeszcze trochę odsapnąć po szaleństwie na scenie, dlatego też nie przyłączyłam się do nawoływania kilku osób. W końcu wyszła. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Najpierw, jak wcześniej reszta zespołu rozdawała autografy za barierką, a potem przez nią przeskoczyła. I wtedy sporo osób ustawiło się w kolejce do zdjęć. Niektórym nawet udało się z nią przez chwilę porozmawiać. Ale oczywiście nie mi. Może innym razem? Ale zdjęcie jest. Wiem, że już parę osób je widziało, ale co mi szkodzi wrzucić jeszcze raz :D



Czy chcę mieć jeszcze taki 20 października? Tak, ale nie za często, bo jednak potem trochę czasu zajmuje mi odchorowanie tylu wrażeń. A do Krakowa jeszcze kiedyś wpadnę, o ile w ogóle będzie taka możliwość. Choćby dla samych ładnych widoczków :D

Twarzoksiążka!

sobota, 7 marca 2015

Powrót do przeszłości

Tak mnie wzięło na jakieś dziwne rozkminy. Postanowiłam cofnąć się o dekadę. Kim była 12 - letnia Blacky?

Lubiłam pisać, ile wlezie. Szczerze do bólu. Było sporo "rzucania mięsem" i innych rzeczy, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ale jednak tak się stało. Już nie wspomnę, co tam konkretnie było, ale tak czy owak, nieszczęsny pamiętnik został spalony przez rodzicielkę. Może i dobrze? Ale i tak dalej pisałam, i znowu ktoś w końcu to odkrywał. Taki urok mieszkania z bardzo wścibską wtedy siostrą. Jeszcze nie wiedziałam, że za parę lat zacznę blogować :)

Słuchałam popu i dance. Generalnie tego, co tam w radiu leciało. W sumie nie miałam za bardzo wyboru: gdyby był w domu Internet, prawdopodobnie w końcu trafiłabym na rocka. Miałam kilka płyt, które odtwarzałam na discmanie. I nieźle sobie spieprzyłam słuch :D

Książki? Harry Potter po raz setny.

Włosy? Do ramion. Ciuchy? Te, które mama mi kupiła. Makijaż? Właśnie wtedy dostałam pierwszy błyszczyk. Cóż to była za radość :D

Pierwsze pryszcze, pierwsza miesiączka i pierwszy obiekt westchnień, który nawet nie wiedział o moim istnieniu :)

Chodziłam do kościoła z własnej woli :O

Zaczęłam malować paznokcie do szkoły i nikt się nie czepiał. Nie to, co później, w gimbazie :)

Znałam kogoś kilka dni i już nazywałam go swoim przyjacielem. Nieźle się na tym przejechałam.

W ogóle niewiele z tych rzeczy pasuje do dzisiejszej mnie. Czyli stwierdzenie, że człowiek zmienia się co ileś tam lat, z dupy się nie wzięło. Chociaż...myślę, by jeszcze w tym roku sobie odświeżyć Pottera :)

#gimbynieznajo

wtorek, 18 listopada 2014

Gimbazjum


Co pamiętam z gimnazjum? Dyskoteki, na których królowały "Kanikuły". Szkolny chór. Wychowawczynię narzekającą na niezgranie klasy (i z którą miałam świetny kontakt). Opieprz od wuefistki za czerwone paznokcie. Rankingi typu "w której klasie żadna dziewczyna się nie umalowała". Jaranie się sezonowymi hitami Eski. Złote Myśli, które miało wiele osób i wszędzie były te same pytania. Pisanie liścików na lekcjach. "Hej hej ch..." śpiewane przez chłopaków na niemieckim, przy germanistce ofkors. Śmieszne (a może głupie?) napisy na ścianach damskiej łazienki. Wagary polegające na zwiewaniu do pobliskiego supermarketu. Czytanie Bravo i Popcornu oraz chwalenie się wiedzą o celebrytach nabytą tamże. No dobra, jednak nie było tak fajnie.

Guma do żucia i cola lądujące na moich włosach. Wysypana przez dwie starsze dziewczyny zawartość mojego plecaka, gdy ludzie wysiadali na przystanku pod szkołą. Moje buty i piórnik ginące w nieznanych okolicznościach, pewnie jeszcze parę innych rzeczy (w tym napisana przeze mnie kartkówka). Pomazana długopisem przez pewnego debila bluzka (na szczęście się doprała jakoś). Szarpanie za włosy przez kilku kolesi. "To dlatego, byśmy się z niej nie śmiali", powiedziane przez kogoś, gdy próbowałam chodzić normalnie. Spodnie przypalone przez kogoś zapalniczką. Kopnięcie mnie przez kogoś z całej siły w tyłek na którejś dyskotece. Śmiech, drwiny, przedrzeźnianie. Dzwonienie do mnie dla jaj. Wynajdywanie każdego możliwego powodu do wyśmiania (małe usta, brak cycków, noszenie okularów, itp.). Otaczanie mnie w ciasnym kole przez paru chłopaków, których nawet nie znałam...

Pewnie byłoby tego jeszcze więcej. Pytanie, czy coś zrobiłam tym ludziom? Nie. Po prostu ktoś wyróżniający się w jakiś sposób może mieć przesrane. Ja byłam zbyt spokojna i zbyt wrażliwa. Chociaż minęło ileś tam lat, nie zapomniałam. I pewnie ten najgorszy okres w moim życiu sprawił, że mam totalnie zrytą psychikę i praktycznie zerowe życie towarzyskie. No ale nie spędzam całych dni na durnym użalaniu się nad sobą.

wtorek, 23 września 2014

Jak to jest z tą czernią?


Gdyby tak zapytać przeciętnego Kowalskiego o to, z czym kojarzy mu się czarny kolor ciuchów, prawdopodobnie usłyszelibyśmy o smutku, pogrzebie, "Rodzinie Adamsów", czy też buncie nastolatków, którzy w końcu wyrosną z noszenia czerni. Jak było w moim przypadku?

Jakieś 7 lat temu, gdy miałam nieźle nasrane we łbie, słuchałam Eski i nosiłam słitaśne, pastelowe ciuszki, przeczytałam w jakiejś gazecie robiącej nastolatkom siano z mózgu opowiadanie o dziewczynie, która nagle porzuciła różowe łachy na rzecz czarnych i zaczęła słuchać Tokio Hotel. Ja akurat nigdy nie miałam fazy na ten zespół, za to parę miesięcy później zaczęła się faza na Avril. To shit i to shit. Co za różnica w sumie?
Niemal w tym samym czasie, co przeglądałam tą gazetę, pocięłam ostro włosy. Nazywałam to cieniowaniem xD Zaczęło się też stopniowe wprowadzanie czarnych rzeczy do szafy. Ostatecznie pastelowe ciuchy porzuciłam rok później, w pierwszych miesiącach jarania się Avcią. Z jej imidżu zrzynałam co tylko się dało, nie wyłączając grubych krech na dolnych powiekach, co do małych oczu musiało wybitnie pasować. Do dziś mam ubaw, gdy przypomnę sobie siebie ze zdjęcia klasowego w gimbazie. Tzn. mocno rozjaśnione włosy, bluzka z "High School Musical" (no ale czarna xD), czarno-czerwone skarpetki, a na nie tenisówko-baleriny w czaszki.

Jak jest teraz? Blond na out, Avril na out, a czerń wciąż ma się dobrze. Jednak tak jakoś mniej jej jest na powiekach. Jeśli chodzi o zawartość szafy, znajdą się w niej również inne kolory, chociażby czerwień, fiolet, szarość, khaki, biel czy granat. Neonowe łachy (może jeszcze z napisem SWAG?) omijam szerokim łukiem. Dawno nie malowałam paznokci na czarno, lecz dość niedawno zakupiłam w Biedrze lakier, którego często używam. No ale przede wszystkim nie prezentuję już postawy pt. "jaka to nie jestem zbuntowana i mroczna". Po prostu noszę to co lubię bez zastanawiania się, czy to będzie dość szokujące. Nie należę też i nigdy nie należałam do żadnej subkultury, choć to zjawisko od lat mnie interesuje. Nie wyobrażam też sobie, by ostro kopiować styl prezentowany przez któregoś z moich muzycznych idoli.

Swoją drogą w czerni wyglądam wyjątkowo świetnie :)