Niedawno byłam w najbliższym Empiku. Miałam tam zamiar kupić pewną książkę. Jednak w oczy rzucił mi się Dziennik Bridget Jones. Pomyślałam sobie, że najwyższy czas przypomnieć sobie przygody zwariowanej kobiety po trzydziestce, które ostatnio czytałam jakoś w wieku gimnazjalnym. O czym myślałam w trakcie czytania i później?
Przede wszystkim nie nastawiałam się na głęboką, wysokich lotów literaturę, tylko przyjemne czytadło. I to dostałam. Ponadto książkę czyta się szybko i to kolejny plus.
Ciężko jest być singielką po trzydziestce. Krewni, znajomi i ich znajomi są ciekawi, jak tam twoje życie uczuciowe. Może nastąpił w nim jakiś progres? Nie wypada odpowiedzieć czegoś w stylu A chuj cię to obchodzi. Choć pewnie znajdą się nonkonformiści niebędący w takim wypadku niewolnikami konwenansów, ale to nie Bridget, która odpowiada W porządku.
Wiele kobiet może łatwo utożsamić się z Bridget. Niejedna z nas w końcu ma na koncie związek lub chociaż randkę z jakimś chujkiem, jest beznadziejną kucharką, wciąż zalicza przypał za przypałem, zastanawia się, czy wymigać się od spędów, na których omawiane jest jej życie uczuciowe i dochodzi do wniosku, że noworoczne postanowienia są gówno warte.
Na koniec jakiś optymistyczny akcent. Z książki płynie przesłanie, że prędzej czy później ktoś pokocha nas takie nieidealne.
