środa, 17 lipca 2019

Czego nauczyły mnie fejsbukowe grupy?


Dziś będzie krótko. Będzie o dużych grupach na Facebooku, bo w końcu jestem ich weteranką. No to czego mnie one nauczyły?

Jeśli masz dość tego wszystkiego, co odpierdala się na grupie, po prostu z niej odejdź.

Powody mogą być różne. Może masz dość dram. Może nie podoba ci się klimat tam panujący. Może szybko czujesz wypranie z energii, gdy tam przebywasz. Może ktoś tam cię wkurwia. W każdym razie odejdź. Pierdol sentymenty i dawne świetne momenty (ale mi się zrymowało). Szanuj swój czas i energię.

Na prawie każdej dużej grupie będą dramy i nic na to nie poradzisz.

W końcu jest tam natężenie ludzi o różnych charakterach. Jedni myślą, zanim coś chlapną, a inni od razu wydają krzywdzący osąd. Przyznasz się chociażby do popełnienia jakiegoś życiowego błędu? Zaraz znajdzie się kilkadziesiąt osób, które cię zjadą. Albo kulturalnie napiszesz, dlaczego nie zgadzasz się z postem danego autora, a ten zaraz stwierdzi, że pewnie starzy w domu cię tłuką. Ba, czasem do dramy wystarczy lubienie disco polo, gdy reszta woli metal. Co zrobisz, nic nie zrobisz.

Ban to nie koniec świata.

Naprawdę. Przestań pisać do administratora prośby o przywrócenie na grupę. Nie pisz też nigdzie pytania o to, co zrobić, by tam wrócić. Czy naprawdę wszystko podobało ci się w tej grupie? Na pewno nie. Prędzej czy później przypomnisz sobie te gorsze momenty, te naprawdę niefajne sytuacje, i to nie zawsze z twoim udziałem. I czy nie cieszysz się z tego, że w końcu masz więcej czasu na swoje zainteresowania, które zaniedbywałeś z racji śledzenia miliona wątków, które na dobrą sprawę nic nie wnosiły do twojego życia? A jeśli nie chcesz tracić kontaktu z pewnymi osobami, to przecież wciąż mają konta na Fejsie i  Instagramie, więc przeżyjesz.

A najlepiej jest czasem odpocząć od wszelkich grup, niezależnie od tego, czy z nich odchodzisz, czy nie.

Potraktuj je jako dodatek do życia, a nie jego ważną część. Skup się na realnym życiu. Rozwijaj pasje, spotykaj się ze znajomymi. Rób cokolwiek, co nie wiąże się z przesiadywaniem na kolejnych grupach. Naprawdę nie są warte tego, byś dla nich rezygnował z życia.

wtorek, 9 lipca 2019

Początek kolejnej łódzkiej przygody

Choć do coraz lepszego poznawania Łodzi wróciłam ponad dwa lata temu, w moim przypadku przebiega to bardzo powoli. Być może wynika to z tego, że jak na typową wieśniaczkę przystało, nie jestem przyzwyczajona do częstszego bywania w dużych miastach. Może nawet i nie chcę w nich tak często bywać.

Po kilku miesiącach przerwy, w lutym w końcu zawitałam do stolicy mojego województwa, i to o dość nietypowej jak na mnie porze, bo wczesnym wieczorem. Co mnie tam wtedy sprowadziło? Rozmowa o pracę. Tak, chwilowo wymyśliłam sobie, by poszerzyć teren poszukiwania nowej pracy także o Łódź. Wcześniej wysłałam CV w odpowiedzi na ogłoszenia z paru miejsc w tym mieście i z jednego z nich ktoś się odezwał. Także gdy wysiadłam na dworcu Łódź Fabryczna, zaczęłam poszukiwania miejsca docelowego.

Było zimno, ciemno, a na chodnikach leżały jeszcze resztki śniegu. A ja chodziłam pobliskimi ulicami i nie wiedziałam, w którym konkretnie kierunku się udać. Wiedziałam też jednak, że musi to być gdzieś blisko, bo w Śródmieściu. Kręciłam się trochę po ulicy Narutowicza. W oddali było widać oświetlony Teatr Wielki. I gdy tak szłam i szłam, pomyślałam sobie, że może by tak w końcu zapytać kogoś o drogę. Padło na pewnego pana w średnim wieku. Ten jednak mnie olał i szedł dalej. I to był moment, kiedy po raz pierwszy spotkała mnie taka sytuacja. Potem już nie zagadywałam ludzi, z których większość gdzieś się spieszyła, co jest w sumie typowe dla dużego miasta. Nie wiedzieć czemu, przeszłam na drugą stronę ulicy i chwilę potem znalazłam się właśnie na Placu Dąbrowskiego, pod Teatrem Wielkim. A tam stały taksówki. Stanęłam sobie przy jednej z nich i dalej nic, co w pewnym momencie zirytowało kierowcę, który wziął mnie za żebraczkę. W końcu jednak pojechaliśmy na miejsce docelowe.

Nie dostałam tej pracy. Okazało się, że potrzebują kogoś z doświadczeniem w tej konkretnej branży. Szkoda tylko, że ani w ogłoszeniu, ani w rozmowie przez telefon nie było o tym mowy. Straciłam więc tylko czas. W końcu uznałam, że dobrze się stało, bo w końcu nie mieszkam nawet w Piotrkowie, by pomyśleć o pracy w Łodzi. Oj, byłby problem z ewentualnym powrotem do domu w takiej sytuacji.

Przy budynku, w którym miałam rozmowę o pracę stała kolejna taksówka. Pojechałam nią oczywiście na dworzec Łódź Fabryczna. Czyli przyjechała-wróciła. Zanim wsiadłam w busa do Piotrkowa, zdążyłam zrobić zdjęcie jednemu z dworcowych murali.


Na następną wizytę w Łodzi musiałam trochę poczekać. Chciałam, by było wtedy ciepło, ale też nie upalnie. W końcu w pewną sobotę, pod koniec czerwca uznałam, że wreszcie nadszedł ten moment. Także pojawiłam się w Piotrkowie i wsiadłam w busa, który najdalej zatrzymywał się na Placu Dąbrowskiego. W końcu po jakiejś godzinie wysiadłam. I tak szłam sobie ulicą Narutowicza. 


Po drodze z daleka zobaczyłam mural, który już kiedyś widziałam. Czy tego dnia miałam zobaczyć kolejne? Na razie wybierałam się na ulicę Piotrkowską, której nie widziałam prawie rok. Tak, dobrze czytacie. Pędziłam, bo wiedziałam, że w Łodzi mogę spędzić najwyżej cztery godziny, by zdążyć na wczesnowieczornego busa do Piotrkowa. Następnym razem pojadę wcześniej. O ile będzie następny raz.

W końcu dotarłam na Piotrkowską. Co tam chciałam zobaczyć? Na pewno niedawno powstały pomnik jednorożca. Najpierw jednak uznałam, że fajnie by było po długiej przerwie zobaczyć Pasaż Róży. Zanim to jednak nastąpiło, zobaczyłam ludzi jadących rikszami (ciekawe, czy kiedyś i ja tak sobie pojadę) oraz jakąś rodzinkę robiącą sobie zdjęcia przy jednym z licznych pomników w tych okolicach. Standard. W końcu dotarłam na Pasaż Róży, gdzie prócz mnie było tylko kilka osób. I dobrze. 




W końcu stamtąd wyszłam, wrzucałam pierwsze zdjęcia na Instagrama i szłam ulicą Piotrkowską. Zobaczyłam antykwariat. Choć lubię takie miejsca, tym razem nie weszłam do środka. Dalej był już raz przeze mnie widziany pomnik Misia Uszatka, który jakaś dziewczynka głaskała niczym psa. To też typowe. 

Weszłam do sklepu z pamiątkami, choć na ogół omijam takie miejsca. Nie skusiłam się na notes z folklorystycznym motywem, choć tak bardzo mi się podobał. Zamiast niego kupiłam dwa najtańsze, płaskie magnesy na lodówkę, które zamierzałam dołączyć do listów. Tak, wciąż piszę listy. Wyszłam, szłam dalej i w pewnym momencie przeszłam na drugą stronę ulicy, bo z daleka zobaczyłam mural. O, taki.


Znajduje się on na przylegającej do Piotrkowskiej ulicy Roosevelta. 
I znów przeszłam na drugą stronę Piotrkowskiej, bo z daleka widziałam Stajnię Jednorożców. A oto i ona.


No i jednorożec. 


Oczywiście musiałam poczekać, aż pójdzie sobie w końcu te parę osób, które robiły sobie przy nim zdjęcia. 

I szłam dalej, choć w sumie nie widziałam już niczego ciekawego. I dotarło do mnie, że wciąż nie dopadło mnie znajome uczucie przebodźcowania pomimo tłumów na ulicy. W oddali widziałam Galerię Łódzką, ale zdecydowanie nie zamierzałam do niej iść.  Także w tył zwrot. W pewnym momencie szłam obok kilku zaparkowanych samochodów. I wtedy właśnie jakaś kobieta około czterdziestki spytała mnie po angielsku, czy można tu parkować. Nie wiedziałam, bo w końcu nie jestem tutejsza, ale odpowiedziałam "Yes". A ona się uśmiechnęła. 

Szłam i szłam. I co mam z tym przechodzeniem na drugą stronę ulicy? Jakaś starsza pani chciała mi za parę złotych sprzedać korale. Podziękowałam i poszłam sobie. Niedługo potem jakiś facet rozdawał na ulicy schłodzone piwa bezalkoholowe. Także tak sobie szłam i piłam. W smaku średnie moim zdaniem. 
W końcu załapałam się na kolejny mural. 


Potem już właściwie nie miałam żadnych przygód. Na szczęście tego dnia nikt nie rzucił do mnie tekstem "Da pani złotówkę". Szłam już na dworzec Łódź Fabryczna, choć do odjazdu busa do Piotrkowa została jeszcze jakaś godzina. A na dworcu robiłam w notatniku na smartfonie prywatne notatki, których nigdy nikomu nie pokażę oraz oczywiście kolekcjonowałam kolejne murale. W rezultacie miałam już chyba wszystkie z tego konkretnego miejsca.






I to tyle. Na następną wizytę w Łodzi chciałabym przeznaczyć więcej czasu, więc chętnie dowiem się, co jeszcze ciekawego można tam zobaczyć. Jakieś propozycje?












piątek, 28 czerwca 2019

"Bo wszyscy tak robią"


Bo wszyscy tak robią. Cztery słowa, na które mam niesamowitą alergię i które stanowią uzasadnienie dla czyjegoś postępowania. Najczęściej nie słyszę ich wcale z ust dzieci, które jeszcze wielu rzeczy nie ogarniają. Nie słyszę ich też z ust nastolatków, u których częste jest upodabnianie się w wyglądzie i/lub zachowaniu do rówieśników. Za to słyszę je z ust dorosłych. Właśnie, ludzi, którzy mogą już pewne rzeczy pierdolić, bo w końcu rodzice nie grożą im szlabanem na Ajfona. Ba, często to nawet nie są moi rówieśnicy, a ludzie znacznie starsi.

Uwaga, teraz się trochę zgrażynię, wybaczcie. Co najczęściej przychodzi mi na myśl, gdy słyszę te cztery słowa? Że uważasz, że nazywasz się Wszyscy. Że nie uważasz się za odrębną jednostkę mającą własne życiowe preferencje, plany na przyszłość. Że nie jesteś interesującą osobą. Że z pewnością nie będę miała z tobą o czym rozmawiać. Że jesteś debilem. Że nawet nie zadajesz sobie trudu, by usłyszeć własny głos, bo przecież łatwiej jest podążać za innymi.

Smutne jest to, że wielu ludzi przeżywa całe lub większość życia bez świadomości samych siebie. I często rzucają się w wir zajęć, byleby tylko nie myśleć, by zagłuszyć wewnętrzny głos. Bo jeszcze zaświta im w głowie, że coś im tu nie gra, że chcą przeżyć swoje życie inaczej niż większość. I zechcą w końcu coś zmienić. Nie twierdzę, że najlepiej byłoby pieprzyć wszystkie zobowiązania, ale nie wierzę, że nie możesz poświęcić choć kilku minut dziennie na to, by uwolnić swój wewnętrzny głos (ups, brzmię teraz jak jakiś coach) i dowiedzieć się w końcu, czego TY chcesz, a nie inni. Nie pierdol, że nie masz czasu, bo ten na wrzucanie na Twarzoksiążkę tych kiczowatych kartek z pozdrowieniami i życzeniami miłego dnia jakoś zawsze się znajdzie.

Znajdą się też tacy nieszczęśnicy, którym naprawdę współczuję, bo byli oni wychowywani według nieśmiertelnych słów brzmiących Co ludzie powiedzą. Wciąż postępują tak jak wszyscy, bo boją się tego, jak inni zareagują na ich odmienne zachowania. Bo przecież nie można się wychylać, bo to powoduje zamieszanie, a nawet awantury. Trzeba być grzecznym i dać się ponieść przez tłum. Chodzą do kościoła, płodzą dzieci, biorą kredyty, męczą się w pracy, w której stosowany jest mobbing, bo tak trzeba. I są bardzo nieszczęśliwi. To w sumie też mój przypadek, ale w porę udało mi się powstrzymać lawinę katastrof i nie podjęłam tak poważnych, nieodwracalnych decyzji.

Nie ma nic złego w lubieniu pewnych tradycji. Właśnie, WIESZ, że je lubisz, a to jest ważne. Więc tak czy siak, postępujesz w zgodzie ze sobą. Sama wprawdzie mam takie, z którymi dawno zerwałam, ale znajdą się i inne, bez których moja dalsza egzystencja na tym dziwnym świecie nie ma sensu. Nie będę z siebie robiła na siłę jakiejś alternatywnej buntowniczki, która we wszystkim jest na nie. W dalszym ciągu będę jednak namawiała innych do życia według siebie.

Chcesz przefarbować włosy na zielono, choć większość ludzi w twojej wsi preferuje zwyczajne kolory? Farbuj. Chcesz mieć czwórkę dzieci, choć większość ludzi w twoim otoczeniu uważa to za przesadę? Miej. Chcesz uczyć się angielskiego, choć większość znajomych preferuje mniej popularne języki? Ucz się. Masz pięćdziesiąt lat i chcesz w końcu zacząć na poważnie spotykać się z pewnym trzydziestolatkiem, ale ludzie na wsi będą gadać? Spotykaj się.
Nie daj sobie wejść na głowę.

wtorek, 4 czerwca 2019

Parę słów o bierzmowaniu


Na ogół nie poruszam tematów religijnych, bo wywołują one zbyt wielkie zamieszanie, kłótnie. Tak było chociażby kilka lat temu, gdy na pewnym rodzinnym spędzie stwierdziłam, że chrzest może być wtedy, gdy jest się go świadomym. Ale dziś i tak napiszę coś niecoś o bierzmowaniu.

Bierzmowanie nazywane jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. Mimo to w większości przystępują do niego gimnazjaliści i licealiści. Ludzie dopiero kszztałtujący siebie, własne poglądy w pewnych sprawach. Czy to nie paradoks? Dlaczego w ogóle to robią?

Jedni idą, bo znajomi też to robią, w kupie siła i inne utarte frazesy. Inni wiedzą, że prawdopodobnie zostaną czyimiś rodzicami chrzestnymi oraz wezmą kiedyś ślub kościelny. Jeszcze inni (to prawdopodobnie m mniejszość) są naprawdę wierzący, więc oczywiste jest, że do tego sakramentu przystąpią. Ostatnia grupa, o której wspomnę to ci zmuszani do tego przez rodziców, czego nie jestem w stanie pojąć.

Jak to było ze mną? Do bierzmowania  ostatecznie poszłam, choć podczas miesięcy je poprzedzających towarzyszyło mi morze wątpliwości. Nikt jednak nie powiedział, bym przemyślała to sobie, bym wycofała się, skoro mam wątpliwości i ewentualnie przystąpiła do bierzmowania później. Dla wszystkich było oczywiste, że do tego bierzmowania pójdę. Rodzina co niedzielę poruszała ten temat, a znajomi pytali, jakie trzecie imię sobie wybieram. W końcu porozmawiałam z kimś spoza tych grup. I usłyszałam, że bierzmowanie umożliwi mi bycie chrzestną. A przecież dobrze wiedziałam, że to i tak nie nastąpi.
Na bierzmowaniu wybrałam sobie imię, które na mojej liście figurowało jako drugie, bo pierwsze nie podobało się matce. Czyli dwukrotnie postąpiłam przeciwko sobie. A to nie był ani pierwszy, ani ostatni raz niestety.

Dla wielu bierzmowanie to sakrament pożegnania z kościołem. Nie każda z tych osób dokonuje apostazji, ale przestają odpierdalać ten cyrk. I dobrze, bo uczestniczenie w modlitwach, gdy się nie wierzy lub ma się wątpliwości jest nie fair wobec osób prawdziwie wierzących. Osobiście po bierzmowaniu chodziłam doo kościoła jeszcze przez parę lat, ale w końcu przestałam.

Dziś prawdopodobnie nie poszłabym do bierzmowania, nawet gdybym była szantażowana, a nie byłam, bo się nie buntowałam. W ogóle za mało stawiałam na swoim, a szkoda. A gdybym jednak poszła, to wzięłabym sobie to imię, które faktycznie chciałam.


sobota, 1 czerwca 2019

Usłyszeć swój głos #3


Od dziecka słyszałam, że istotne jest to, co ludzie powiedzą. Nie pytałam siebie jednak, co JA powiem. Nie myślałam, że to ostatnie może być ważniejsze. Mimo to zarówno na papierze, jak i kolejnych blogach pisałam to, co chciałam, choć czasem zastanawiałam się nad możliwymi konsekwencjami takiego stanu rzeczy.

Jakimś cudem wyrosłam na taką trochę buntowniczkę, indywidualistkę, która to pieprzy zasady rządzące współczesną blogosferą. Taką, która działa na tym polu po swojemu. Która nigdy nie korzysta z pomysłów na teksty podrzucanych czasem przez niektórych blogerów. Która czasem klnie, ale nie uważa, by przez to miała ubogi zasób słownictwa.

Może by sobie o tym wszystkim przypomnieć? Wrócić do pisania nawet na takie naprawdę trudne tematy? Nie patrzeć na to, co inni powiedzą? Oczywiście są rzeczy, o których nie chcę pisać dla kilkuset czytelników, ale niech to będzie MOJA decyzja. Czas na szaleństwa jak kiedyś. Czas na rozkręcenie bloga na nowo. Będzie zabawa, będzie się działo.


poniedziałek, 27 maja 2019

Czasem odechciewa mi się pisania bloga


Blog jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie uczę się wyrażania siebie i pisania tego, co myślę. Czasem jednak zastanawiam się, czy sobie nie odpuścić. Bo ludzie wyciągają dziwne wnioski i jestem zmuszona się tłumaczyć, może nawet przepraszać za to, co napisałam.

Swego czasu aż za dużo miejsca na blogu poświęciłam ludziom ograniczonym, którzy pierdolą jakieś szkodliwe bzdety bez pomyślunku oraz nie interesują się niczym ponad to z telewizji czy radia. Swoją drogą, już nie czepiam się o to ostatnie, bo każdy ma prawo interesować się tym, czym chce. W każdym razie ktoś pewnego dnia dodał komentarz o takiej mniej więcej treści, że wszystkich ludzi wrzuciłam do wora z napisem ciemnogród. Prawda jednak jest taka, że wciąż wierzę, że ciemnogród to jednak mniejszość, a większość jednak myśli. Naiwna ja? Może.

Innym razem moja kochana rodzinka bardzo przeżyła tekst, który był dość stary i traktował o świętach Bożego Narodzenia. Tak, ci ludzie pomyśleli, że piszę właśnie o nich. Prawda jednak jest taka, że inspirowałam się powszechnym narzekaniem Polaków w Internetach. Może powinnam była to zaznaczyć na początku/końcu, mój błąd. Ale czy wszystko muszę podawać jak na tacy? A w świętach nie lubię wszechobecnego terroru porządków.

Tych sytuacji było oczywiście więcej, ale pozwolę ich sobie nie przytaczać, bo są zbyt osobiste.

czwartek, 9 maja 2019

"Wiem, już widziałem/am to na Facebooku"


Często zastanawiam się, gdzie leży granica prywatności w Internetach. Czy warto być otwartą księgą, czy lepiej być choć odrobinę tajemniczą? Co zdradzić, a co zachować dla siebie i/lub bliskich osób? Jakie konsekwencje będzie miało ujawnienie tego czy owego?

Bloguję od ponad 9 lat. Oczywiste jest więc, że nie da się w tak długim czasie przemilczeć wszystkiego o sobie. W końcu te moje zapiski w dużej mierze są inspirowane życiem. Nie oznacza to jednak, że mam obowiązek zdradzania o sobie każdego możliwego szczególiku tutaj lub w mediach społecznościowych.

Gdybym miała dziecko, prawdopodobnie nie publikowałabym jego zdjęć. Gdy ktoś mi się z czegoś zwierza, oczywiste jest, że nie ląduje to nigdzie w Internetach, no chyba, że ta osoba koniecznie chce zaistnieć. Nie wyobrażam sobie też ludzi omawiających np. szczegóły mojego związku czy życia erotycznego. Przykładów rzeczy, o których nie zamierzam trąbić znajdzie się w sumie jeszcze więcej. Zdarzyło mi się jednak w ubiegłym roku zdradzić, że wygrałam książkę w konkursie, bo to w sumie nic takiego.

Nie chcę przy opowiadaniu o czymś rodzinie lub znajomym słyszeć Wiem, widziałem/am to na Facebooku. 

sobota, 4 maja 2019

Rozkminy na 100000 wyświetleń


I stało się. Parę dni temu liczba wyświetleń bloga przekroczyła sto tysięcy. Myślałam, że nie dożyję tego momentu. Serio. Ale stało się. No dobra, tych wyświetleń w rzeczywistości jest pewnie mniej, bo Blogger lubi zawyżać statystyki, ale tak czy owak po komentarzach widać, że jestem czytana.

Sto tysięcy w ponad pięć lat nie jest jakąś oszałamiającą liczbą. Niektórzy blogerzy przez ten czas dochodzą do co najmniej miliona wyświetleń. Ba, znajdą się tacy, którzy ten milion osiągają w rok. Jednak za każdym razem, gdy nachodzą mnie takie myśli, przypominam sobie, że przecież z nikim się nie ścigam. Inni blogerzy nie są dla mnie konkurencją, tylko dobrymi ziomkami, z którymi miło jest powymieniać opinie na tematy wszelakie.

Za każdym razem, gdy ktoś nieznajomy pisze do mnie na Messengerze czy innym ustrojstwie, że mam ciekawy styl pisania, mam ochotę mu odpisać, by przestał pierdolić, bo ciekawy styl to miałam kiedyś, a teraz ginę w tłumie blogerów uważających, że mają coś ciekawego do przekazania. Nie dowierzam też, gdy ktoś twierdzi, że pomogłam mu coś zrozumieć lub zainspirowałam go do czegoś. Może czas w końcu się pogodzić z tym, że komuś moja pisanina może się podobać i jakby tego było mało, mam jakiś wpływ na garstkę ludzi?

Łącznie bloguję od ponad 9 lat. Zdarzają się dni, kiedy to myślę, że już się skończyłam. Że już nie jestem w stanie nic nowego napisać. Aż tu nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się pomysł na nowy tekst. I działam.



niedziela, 28 kwietnia 2019

Usłyszeć swój głos #2


Prawie sto tysięcy wyświetleń bloga. Nie jest to jakaś oszałamiająca liczba, skoro prowadzi się go od ponad 5 lat. Byłaby większa, gdybym wciąż pisała swoim charakterystycznym, oryginalnym stylem. Niestety nie da się do niego wrócić, a wszelkie próby ku temu byłyby śmieszne, mało autentyczne. Dlatego próbuję zdefiniować siebie na nowo.

Na przykład parę lat temu wróciłam do pisania pamiętnika, czy tam dziennika. A może właściwie pamiętniko - dziennika. Jest tam wszystko, co możliwe. Czasem jednak wstydzę się własnych myśli. Próbuję jednak być ze sobą szczera. Te rzygi słowne czasem pomagają, choć nie są to tak spektakularne efekty, o jakich czytałam swego czasu na paru blogach. Czasem boję się, że ktoś to kiedyś przeczyta, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie będę długo żyła.

Dobrze jest jednak wyrabiać swój styl pisania, choć nie wiem, czy obecnie wyróżniam się tak jak kiedyś. Wydaje mi się, że zlałam się z tłumem blogerów, którzy mają coś do powiedzenia lub tylko tak im się wydaje. To smutne. A może to tylko chwilowy kryzys?

piątek, 19 kwietnia 2019

Iść czy nie iść na wesele?


To już za kilka miesięcy. Na samą myśl robi ci się niedobrze, dostajesz ataku paniki, ewentualnie tracisz te ostatnie resztki sił życiowych, jakie jeszcze ci pozostały. Tak bardzo nie chcesz być na tej imprezie. Ale czy można po prostu ją pierdolić? W końcu gwiazda imprezy to rodzina. Teoretycznie najbliższa, a tak naprawdę kontakty między wami od zawsze nie układają się najlepiej. Na dodatek ten ktoś nie robi problemu z twojego ewentualnego braku na weselu. Problem za to ma inna osoba z rodziny, która nie chce o tym słyszeć. Masz iść, bo jak to będzie wyglądać. Nie rób wstydu!

Niestety wiesz, że w najbliższym czasie nie uda ci się wyprowadzić, bo zwyczajnie nie masz za co. Nie masz też gdzie uciec na czas imprezy. Czy jednak poddać się, zgodzić wbrew sobie? Przypominasz sobie jednak, że podjęłaś w życiu wiele decyzji ze względu na rodzinę i potem tego żałowałaś. I nie chodziło tylko o imprezy, ale o tym innym razem. W każdym razie chcesz w końcu postąpić w zgodzie ze sobą. W końcu masz swoje lata, więc chyba możesz? Chyba. Bo przyjęło się, że na imprezach musi być CAŁA rodzina. Chociaż ta najbliższa.

Czasem myślisz, że może by tak się zbuntować w razie pójścia jednak na to cholerne wesele, choć dawno nie masz 15 lat. Na przykład przefarbować włosy na nietypowy kolor i do tego założyć na imprezę czarną gotycką sukienkę. Zwłaszcza to ostatnie nie wypada, ale osiągnęli cel, mają cię na imprezie, więc niech spieprzają.

Czasem wyobrażasz sobie, że dobrze się bawisz, ale wiesz, że tak nie będzie, bo pamiętasz poprzednie imprezy. To niechciane proszenie do tańca. Te durne zabawy. Ten hałas. Niechciany alkohol. Ludzie mówiący coś do ciebie, choć za cholerę nie mogłaś ich usłyszeć, więc po co otwierali gęby? To chowanie się w łazience lub innym pomieszczeniu, byleby tylko nie być w centrum uwagi. Nikt nie zrozumie, jaką torturą jest taka impreza dla wysoko wrażliwej introwertyczki. A nie zawsze jest możliwość wyłączenia się z życia na kilka dni po niej.

Jesteś za tym, by żyć w zgodzie ze sobą, ale ta sytuacja jest naprawdę trudna.




piątek, 12 kwietnia 2019

Puk puk. Można?


Czy nie przeszkadzam może? Czy mogę napisać, co myślę o tym czy owym? A może lepiej się nie wychylać? Może lepiej nie zwracać na siebie uwagi? Może nie napisałabym niczego odkrywczego? Może się ośmieszę tylko?  A może jednak pisać?

Jest sobie blog, na który lubię zaglądać. Tak się składa, że jest on dość popularny. Chcę napisać komentarz pod ostatnim tekstem. Jestem jednak świadoma tego, że moje słowa przeczytają tysiące osób. Czy nie lepiej więc po prostu pozostać w roli cichej obserwatorki,  jak to najczęściej bywa? Bo mój komentarz pewnie niewiele wniesie do dyskusji. A dawno zrezygnowałam z anonimowości.

Jest sobie strona na Twarzoksiążce mająca na koncie sporo polubień. Jest ona oczywiście publiczna, w związku z czym moje opinie poznać mogą nie tylko ci, którzy ją polubili, ale i znajomi. Chcę się wypowiedzieć pod jednym z postów, ale nie wiem, czy aby na pewno chcę, by WSZYSCY poznali moją opinię. Czyżbym wstydziła się swojego zdania?

I w końcu mój blog. Blog, którego nie czytają tysiące, a najwyżej setki ludzi miesięcznie. Także wydawałoby się, że nie powinnam mieć oporów przed napisaniem tego, co zechcę. A jednak wciąż się waham przed wciśnięciem opublikuj. Gdzie się podziała moja dawna spontaniczność z początków tego bloga?

Na szczęście takie myśli nie towarzyszą mi codziennie. Ostatnio znów czasem wychodzę z cienia. Bo tak. Mam własne zdanie i będę je wyrażać. Ale lubię też tylko obserwować. Obie opcje są w porządku.




piątek, 5 kwietnia 2019

Nie myję okien dla Jezusa, ani nikogo innego


Spokojnie, nie będzie to wywód religijny, ale możliwe, że i tak wywołam małe zamieszanie. Nie będzie też tylko o myciu okien, bo byłoby zbyt nudno. W każdym razie faktem jest, że zbliża się Wielkanoc. Te dni, które niezależnie od bycia wierzącym, ateistą lub agnostykiem spędza się miło w gronie najbliższej rodziny. Niestety jakieś kilka dni wcześniej wybucha zamieszanie związane z wielkimi porządkami. Jakby nie było innych dni, by móc ogarnąć przestrzeń bez spiny.

Symbolem przedświątecznego ogarniania chaty jest mycie okien. Dlaczego tego nie robię? Po pierwsze, zwyczajnie nie ma to sensu zważywszy na zmienną wiosenną pogodę. Po drugie, pomimo życia na wsi zabitej dechami nie interesuje mnie zwiększanie widoczności w celu podpatrzenia, cóż to wyczynia jakiś Janusz mieszkający w pobliżu, bo mam ciekawsze rozrywki.

I oczywiście porządki. Nagle wiele osób rzuca się do ogarniania szaf i szafek, ścierania półrocznego kurzu z mebli, trzepania dywanów, mycia podłóg, szorowania wanny i zlewu... To na ogół domena kobiet, które w dodatku mają pretensje do reszty domowników o to, że ci mają czelność przez pięć minut obczajać, co tam u znajomych na Twarzoksiążce zamiast pomagać.

Na koniec te wszystkie matki, żony, siostry czy babcie są wykończone. A gdyby tak którąś spytać, po co to robią, pewnie odpowiedzi byłyby następujące: bo przed każdymi świętami tak się robi, bo wszyscy sprzątają. A nigdy nie pomyślą, że nie mają obowiązku, by tak zapierdalać.

niedziela, 24 marca 2019

Share Week 2019


Po raz pierwszy w wieloletniej blogowej karierze (huehue) bawię się w takie coś. Bo czemu nie? Wprawdzie od jakiegoś czasu czytam niewiele nowych blogów, ale za to mogę wspomnieć o tych, które śledzę bardzo długo.

Akcję wymyślił parę lat temu Andrzej Tucholski (swoją drogą, szacun dla niego, że chce mu się liczyć te setki głosów). Cieszy się ona sporą popularnością zarówno wśród bardzo znanych blogerów, jak i tych, którzy zaczynają lub wciąż nie mogą się przebić. Jak powszechnie wiadomo, można oddać swój głos jedynie na 3 blogi. Oto i one.

1. Lepiej myśleć niż nie.

Na bloga Bereniki trafiłam przypadkiem, gdy na twarzoksiążkowej grupie introwertyków zostały udostępnione introwertyczne wykresy (to chyba wciąż najpopularniejszy wpis na tym blogu). Wciągnęłam się i tak już zostałam. Jego nazwa to nie żaden clickbait lub inny chwyt mający przyciągnąć rzesze czytelników - naprawdę pobudza do myślenia. I to niezależnie od tego, czy Berenika bierze na tapetę jakieś psychologiczne zagadnienie, czy opowiada historię ze swojego życia. Naprawdę polecam.

2. Aniamaluje

Anię zna chyba każdy (lub prawie każdy), ale i tak uważam, że jej blog powinien się tu znaleźć. Podziwiam jej rozmach, w 3 miesiące jest w stanie napisać tyle tekstów, ile ja w rok (kiedy znajduje czas na sen?). I to nie jest żadne pitu pitu (w sensie teksty). Dzięki popularności swojego bloga Ania ma spory wpływ na społeczność Kraju Kwitnącej Cebuli. Może więc uświadamiać ją odnośnie ważnych spraw. Uważam, że robi to dobrze. I niech nie przestaje.

3. Riennahera

Swego czasu próbowałam rozkminiać, skąd mogła wziąć się taka, a nie inna nazwa tego bloga, ale w końcu się poddałam. W każdym razie się wyróżnia. Autorka bloga, Marta jest ruda, rzadko uśmiecha się do zdjęć i ma niesamowity talent do pisania nawet o totalnie niczym w niezwykły sposób, czego cholernie jej zazdroszczę. W sensie tego ostatniego jej zazdroszczę oczywiście. Ponadto pokazuje, że można być ogarniętym życiowo introwertykiem, czym zaprzecza durnemu mitowi.

A teraz lecę uzupełniać formularz zgłoszeniowy.



niedziela, 17 marca 2019

Usłyszeć swój głos spośród miliona innych


Trudno jest być sobą, gdy od dziecka słyszy się teksty typu patrz na innych, co ludzie powiedzą, nie można się kłócić, lepiej nie poruszać pewnych tematów i inne takie. Są wyjątki, kiedy faktycznie mają one sens, ale częściej upośledzają młodego człowieka. Albo nie ma on własnego zdania, albo stara się je ukrywać w obawie przed niezbyt pozytywnymi opiniami innych. Też to przechodziłam i... wciąż z tym walczę. Tak, nawet w ubiegłym roku napisałam tekst odnośnie myśli towarzyszących mi podczas tworzenia kolejnych na bloga. Chyba jeden z nielicznych, w których aż tak bardzo się odsłoniłam.

W czasach szkolnych, szczególnie w liceum, robiłam wszystko, by być cool. Starałam się fajnie ubierać, w telefonie zawsze miałam aktualne radiowe hity, takie tam. Ale ja nigdy nie byłam cool i większość moich rówieśników raczej była tego świadoma. Moje próby wtopienia się w tłum nie pomogły ani trochę. Zawsze jakoś odstawałam i nie pomyślałam, by zrobić z tego atut. Równolegle zaczęłam udzielać się na pewnym forum fanów Avril Lavigne. I tam przytakiwałam jego członkom. Tak, też z płyt Avril najbardziej lubiłam Under My Skin (a tak naprawdę The Best Damn Thing), hejtowałam najnowszy hit Rihanny (do którego tak naprawdę miałam neutralny stosunek) i na Lady Gagę mówiłam "zgaga" (choć od ładnych paru miesięcy byłam jej fanką). W końcu pewnego dnia przyznałam się do posiadania koszulki z tą ostatnią. I zaraz przeczytałam, że mnie pogrzało. Przytaknęłam. Ale jednak to już był jakiś przełom. Możliwe też, że do myślenia dała mi wypowiedź pewnej forumowiczki, która stwierdziła, że moje posty nie mają duszy. Cholera, miała rację. I tak oto powoli wyrabiałam sobie własne zdanie na tematy wszelakie.

Jednak najwięcej pola do popisu dał mi ten blog. To tu poruszałam tematy, które wręcz prosiły się o hejty, jednak jakimś cudem zbyt wielu ich nie było. A przecież od dawna nie jestem anonimowa. To tu zaczęłam w końcu wyłapywać swój głos spośród miliona innych. Tak, posiadam własne zdanie i nie zamierzam z nim całe życie chować się po kątach, choć na codzień daleko mi do osoby żebrzącej o uwagę. Ale nie każdy musi być wielce głośny, przebojowy. Słowo pisane też ma moc.

wtorek, 5 marca 2019

Gdybym miała córkę, to...


Ten temat w moim przypadku jest tylko takim gdybaniem. W końcu mam z tysiąc (jeśli nie milion) powodów, by nigdy nie zostać matką. No i dlaczego córka, a nie syn? No cóż, byłoby to bardzo prawdopodobne zważywszy na to, że pochodzę z mocno sfeminizowanej rodziny, szczególnie ze strony matki. Ale nie przyszłam tu po długiej przerwie, by rozwodzić się nad swoim drzewem genealogicznym. Gdybym miała córkę, to...

...nie ochrzciłabym jej.

Tak, dobrze czytacie. Dałabym jej wybór, którego większość z nas niestety nie miała i mieć nie będzie. Jaki sens ma sakrament, którego nie jest się świadomym i nie wie się, z czym się on wiąże, bo żyje się zaledwie kilka miesięcy? Jeśli moja córka zechce po latach go przyjąć, nie będę protestować. Ale niech to będzie JEJ decyzja. Zaraz pewnie spytacie się, co na to partner. No cóż, jestem już w takim wieku, kiedy to dobieram go sobie m.in. na podstawie podobnych życiowych preferencji. Niezbyt to romantyczne, ale ważne w chuj. Nie zamierzam potem płakać na jakimś anonimowym forum, że mąż chce ochrzcić dziecko, a ja nie. Takie i inne ważne kwestie omawia się PRZED ślubem, a najlepiej jeszcze nawet przed zaręczynami.

...nie zmuszałabym jej na siłę do zwierzeń.

Zapewniłabym ją jednak, że może do mnie przyjść z każdym możliwym problemem, a ja nie będę od razu wydawać osądów. I wspólnie popracujemy nad rozwiązaniem. W innym wypadku pewnie będzie się bała mi cokolwiek powiedzieć, a to nie o to chodzi.

...w wypadku prześladowania w szkole stanęłabym po jej stronie.

Nie szukałabym winy w niej sugerując na przykład, by przestała się czymś tam wyróżniać. I zmiana szkoły jak najbardziej wchodzi w grę, ale w pierwszej kolejności zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, by to ci skurwiele opuścili ją jako pierwsi.

...szanowałabym jej tajemnice.

Czyli żadnego przeglądania pamiętników, telefonu, maili... W końcu do dziś pamiętam, jak matka na moich oczach spaliła mój pamiętnik, bo dwunastoletnia gówniara śmiała myśleć o czymś, co się rodzicom nie podobało. Takie traumy zostają z młodym człowiekiem bardzo długo.

...pozwalałabym jej na eksperymenty z wyglądem.

Lata nastoletnie są najlepsze do tego. Niech farbuje włosy nawet na zielono, niech walnie sobie kolczyk w nosie. Czemu nie? Niech korzysta, póki może. W dorosłym życiu nie zawsze będzie mogła tak szaleć, bo niektóre miejsca pracy mają niestety pewne wymogi co do wyglądu. No chyba, że zostanie świrniętą (w pozytywnym sensie) artystką :)

...powiedziałabym, że ma prawo odmówić...

...seksu chłopakowi, zostawania jako jedyna po godzinach pracy, bycia dotykaną nawet przez członków najbliższej rodziny, robienia prac domowych za znajomych, wyjawiania najskrytszych tajemnic komukolwiek...

...nie rzucałabym tekstów typu co ludzie powiedzą, patrz na innych.

Mało tego, zachęcałabym ją do samodzielnego myślenia.

To wszystko brzmi cholernie utopijnie, nieprawdaż? :)

poniedziałek, 4 lutego 2019

Do czego przydaje się bezsenność?


To znów się dzieje. Nie możesz spać, a minęło już ładnych parę godzin, odkąd położyłaś się do łóżka. Tabletka na sen nie pomogła. Co więc robić? Możesz oddać się wspaniałej, pociągającej introspekcji. Poużalać się solidnie nad sobą, bo ostatnio przez depresję zawalasz wszystko, co możliwe, więc pewnie jesteś do niczego. Może przeczytać choć kilka stron książki. Albo pisać na bloga coś, co nazywasz tekstem życia (ale co, jeśli będzie chujowy?). W końcu ostatecznie wpadasz na coś jeszcze innego. A może by tak... założyć grupę na Twarzoksiążce dla czytelników bloga?

I działasz. Najpierw ustawiasz jakieś mroczne zdjęcie w tle, bo to ciemna strona bloga w końcu. Dodajesz byle jaki opis, który później zmienisz. Albo i nie? W końcu udostępniasz grupę na fanpejdżu, zapraszasz kilku znajomych i czekasz, co się zadzieje. W efekcie dołącza 14 osób i ta liczba powoli rośnie. Cele grupy? Przede wszystkim brak dram, hejtu i możliwość wypowiadania się na luzie o wszystkim. Można tu przeklinać, bo czasem, kurwa, nie da się inaczej. Chcesz miłej atmosfery, która niestety nie na każdej grupie panuje. Może będzie fajnie.

W każdym razie zapraszam wszystkich czytelników. Po kliknięciu TUTAJ przejdziecie do grupy.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

#26



Dziś są moje urodziny. Już jestem w tym wieku, kiedy to zaliczam się do grona osób dobiegających trzydziestki. Przybywa zmarszczek i siwych włosów. Takie tam efekty uboczne starzenia się.

Chciałabym napisać, że część moich rówieśników wciąż co sobotę idzie w melanż, a reszta bierze śluby i płodzi potomstwo. Zauważyłam jednak, że tych ostatnich jest więcej, przynajmniej tak wynika z Twarzoksiążki. Oczywiście gratuluję, super, ale zdecydowanie wciąż nie zamierzam podążać tą drogą. Ta pierwsza zresztą też średnio mi pasuje. Czyli nic nowego.

Liczba 26 raczej nie stanowi jakiegoś przełomu w moim życiu. Wciąż kocham czarne ciuchy - zarówno w wydaniu niegrzecznym, jak i bardziej stonowanym. Wciąż słucham Delain na przemian z Lady Gagą. Wciąż kocham pisać, choć nie zawsze dobrze mi to wychodzi.

Często zarzucam sobie, że w porównaniu z niektórymi osobami w moim wieku nie osiągnęłam niczego znaczącego. Wiem jednak, że jeszcze mam szansę, jeśli znajdę w sobie siłę, by dążyć do wyznaczonych celów. Nie wszystko się uda, ale takie jest życie. Poza tym z nikim się nie ścigam, robię swoje. I tyle.

środa, 23 stycznia 2019

O Bridget Jones (tej książkowej) słów parę



Niedawno byłam w najbliższym Empiku. Miałam tam zamiar kupić pewną książkę. Jednak w oczy rzucił mi się Dziennik Bridget Jones. Pomyślałam sobie, że najwyższy czas przypomnieć sobie przygody zwariowanej kobiety po trzydziestce, które ostatnio czytałam jakoś w wieku gimnazjalnym. O czym myślałam w trakcie czytania i później?

Przede wszystkim nie nastawiałam się na głęboką, wysokich lotów literaturę, tylko przyjemne czytadło. I to dostałam. Ponadto książkę czyta się szybko i to kolejny plus.

Ciężko jest być singielką po trzydziestce. Krewni, znajomi i ich znajomi są ciekawi, jak tam twoje życie uczuciowe. Może nastąpił w nim jakiś progres? Nie wypada odpowiedzieć czegoś w stylu A chuj cię to obchodzi. Choć pewnie znajdą się nonkonformiści niebędący w takim wypadku niewolnikami konwenansów, ale to nie Bridget, która odpowiada W porządku. 

Wiele kobiet może łatwo utożsamić się z Bridget. Niejedna z nas w końcu ma na koncie związek lub chociaż randkę z jakimś chujkiem, jest beznadziejną kucharką, wciąż zalicza przypał za przypałem, zastanawia się, czy wymigać się od spędów, na których omawiane jest jej życie uczuciowe i dochodzi do wniosku, że noworoczne postanowienia są gówno warte.

Na koniec jakiś optymistyczny akcent. Z książki płynie przesłanie, że prędzej czy później ktoś pokocha nas takie nieidealne.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

5 lat bloga



Tak, stało się. Blogowi wybiło właśnie 5 lat. A mogłoby się wydawać, że zaledwie wczoraj uciekłam na dobre z Onetu. Czas szybko leci i nic się na to nie poradzi. Jak na dzień dzisiejszy prezentują się statystyki? 93919 wyświetleń, 137 obserwatorów, 143 polubienia fanpejdża. Może i te liczby szału nie robią, ale myślę, że jest w miarę dobrze zważywszy na fakt, że przez te 5 lat zdarzały mi się dłuższe przerwy od bloga.

Od statystyk ważniejsi są jednak ludzie. Ci, którzy się ze mną zgadzają i ci o nieco odmiennym zdaniu. Jest fajnie. Jest różnorodnie. Ciekawe komentarze od naprawdę mądrych ludzi, które często skłaniają do myślenia. Inspirują. Mam nadzieję, że tutaj będzie takich więcej. Choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że czerń co niektórych odstrasza, więc nigdy nie będzie to blog dla tłumów.

Przez te 5 lat nauczyłam się między innymi tego, że pomimo bycia introwertyczką nie muszę siedzieć w kącie, aż znajdą mnie. Naprawdę nie ma nic złego w promowaniu bloga, zwłaszcza gdy uznam, że dany tekst jest naprawdę dobry i zasługuje na to, by więcej osób się z nim zapoznało. Nigdy nie będę największą atencjuszką na świecie, ale bez przesady.

Życzę sobie, bym wytrwała tu przez kolejne lata i bym napisała na nowo coś ciekawego, bo od sierpnia panuje mały regres. I byście zostali ze mną, jak do tej pory :)

sobota, 5 stycznia 2019

2018 - podsumowanie



Mam niezły zapłon, bo dopiero teraz zabieram się za podsumowanie mojego 2018 roku. Jaki był? Na pewno nie jakiś przełomowy, ale czy każdy musi taki być? No to zaczynam.

Tradycyjnie nie tworzyłam listy noworocznych postanowień i nawet stworzyłam o tym tekst, który okazał się jednym z najpopularniejszych w historii bloga z prawie tysiącem wyświetleń. Mowa o rok, stara ja__.

Skończyłam 25 lat i uświadomiłam sobie, że pod pewnymi względami nie chcę żyć jak moi rówieśnicy. I wciąż się tego trzymam.

Miałam wiele planów podróżowych, które nie wypaliły. Ale to dobrze, bo częste wyjazdy nie są dla mnie.

Zaliczyłam jedynie trzy wizyty w Łodzi, w tym dwie na spontanie i uświadomiłam sobie, że jednak wolę choć trochę bardziej zaplanowane wyjazdy do tego miasta. Bo trochę mnie przytłacza.

Kontynuowałam spotkania ze znajomymi poznanymi w różnych zakątkach Internetów i po raz kolejny przekonałam się, że warto. Więc na pewno do nich wrócę.

Zdarzyło mi się pokonać wiele kilometrów rowerem, a następnego dnia normalnie spotkać się ze znajomymi w Piotrkowie. Czyli wychodzi na to, że nie jest tak źle z moją siłą fizyczną.

Napisałam 34 lepsze i gorsze teksty na bloga, także było pod tym względem lepiej niż w poprzednich latach. Zmieniłam też jego nazwę i adres oraz zrezygnowałam z dotychczasowego nicku.

Ścięłam włosy na tak krótko jak jeszcze nigdy, a następnie przefarbowałam je na czarno. Uważam, że to wygląda super, choć nie jestem jakąś pięknością.

Zaczęłam w końcu dbać o zdrowie psychiczne, a ta sprawa od dłuższego czasu potrzebowała ogarnięcia.

Przeczytałam mniej książek niż w poprzednich latach, z czego oczywiście nie jestem zadowolona. Podobnie rzecz ma się z obejrzanymi filmami.

Wciąż kwitło moje zainteresowanie psychologią, więc kupowałam sporo czasopism o tej tematyce.