środa, 13 czerwca 2018

Drogie Bravo, jak żyć?

Kilka miesięcy temu skończyła się pewna epoka. W Kraju Kwitnącej Cebuli przestano wydawać Bravo. To wszystko przez te Internety podobno. A raczej na pewno. Dlaczego dopiero dziś poruszam ten temat? Bo mogę.



Bravo. Prawie każdy, kto dorastał w latach 90. i późniejszych miał choć przez chwilę to czasopismo w rękach. Nie każdy do tego się przyznaje. Bo to taka Taylor Swift słuchana przez fana metalu w domowym zaciszu. Albo książka Katarzyny Michalak czytana przez kogoś, kto na ogół sięga po ambitniejszą literaturę. Guilty pleasure. Jedni ukrywali fakt czytania przed znajomymi (bo to siara pewnie), inni wręcz przeciwnie - robili sobie razem z nimi bekę z pytań typu czy od pocałunku można zajść w ciążę.

Z czego składało się Bravo? W dużej mierze zawierało wszelkie ploty z życia gwiazd, które krzyczały już do nas z okładki jak w każdym możliwym tabloidzie. Niezależnie od tego, czy było tam choć ziarenko prawdy, czy też nie, i tak kupowaliśmy kolejny numer, jeśli znalazło się tam coś o naszych idolach. Sama do dziś zachowałam sporą kolekcję artykułów, wycinków i plakatów z Avril i przy okazji większego sprzątania mam niezły ubaw.

Gwóźdź programu? Słynne różowe strony, które przeglądaliśmy, o ile rodzice co niektórych z nas nie zdążyli ich wcześniej wyrwać. To z nich czerpaliśmy pierwszą wiedzę o seksie, bo często nie mieliśmy z kim na takie tematy porozmawiać, a lekcje wychowania do życia w rodzinie szału nie robiły.

Były jeszcze fotostory, które wciągały, choć zawsze kończyły się do porzygu szczęśliwie, najczęściej pocałunkiem świeżo zakochanej pary.

I dodatki. Przeróżne. Począwszy od naklejek, a skończywszy na takich oto (swoją drogą, oczywiście lipnych) kosmetykach:



Pamiętam, że jakoś w 2005 roku, chyba wiosną, dodatkiem był nawet żel przeciw pryszczom, po którym wyskoczyły mi na twarzy paskudne czerwone plamy, które schodziły przez jakieś 2 tygodnie :D

Czego by nie mówić, to były jednak fajne czasy.