Noworocznych postanowień nie robię od... W sumie już nawet nie pamiętam. W związku z tym nie przeczytam 52 książek, nie stworzę stu tekstów na bloga, nie nauczę się tuzina języków, nie przebiegnę maratonu, nie ucieknę z kraju. Bywa. Na razie robię to, co wcześniej. Bez pośpiechu, bez spiny.
Robienie noworocznych postanowień kojarzy mi się z dokładaniem sobie dodatkowej presji. Z konkursem zajebistości. Z rozpaczliwymi próbami udowodnienia sobie i innym, że wcale nie jest się aż takim przegrywem życiowym. Bo może jest się przegrywem, skoro nie robi się w ciągu roku tak wielu rzeczy jak inni? Ich listy things to do są w końcu w chuj obszerne. A może by tak to olać?
Niektórzy z nas zapominają, że rok to za mało na zrobienie rewolucji w każdym możliwym aspekcie życia. Nie jesteśmy nadludźmi, choćbyśmy chcieli. I czemu małe kroki ku lepszemu miałyby być mniej ważne? I odpoczynek też jest ważny. I prawdą starą jak świat jest to, że zajeżdżanie się na śmierć szkodzi naszemu zdrowiu. A przez lata wmawiano nam (i nadal się wmawia), że tak trzeba. Nie twierdzę, że samorozwój nie jest ważny, ale to poszło za daleko.
I tak, zanim się obejrzymy, okaże się, że jednak mamy co wspominać.
