poniedziałek, 27 października 2025

Jesieniara

 No i przyszła jesień. Ten czas w roku, kiedy to nie musimy już przepraszać świata za to, że nasze życie nie ocieka zajebistością, tzn. bez zaliczonego pierdyliarda nowych miejsc i bez nietuzinkowych aktywności, którymi fajnie byłoby się wszem i wobec pochwalić. No dobra, tak naprawdę nikt nie wymaga od nas przeprosin, ale social media ryjące banię i samoocenę są faktem. Ja tam za swoje zwykłe życie przepraszać nie będę, a nawet pozwalam sobie czasem na mniejszą bytność w soszjalach, a co! 




Ze wszystkich pór roku to jesień jest tą porą najmojszą. Wtedy najchętniej chce mi się coś robić. Taki tam spacer wśród pięknych liści na przykład. Zapomnę włączyć krokomierz? No i co z tego. Jeszcze tak stara nie jestem, by nie pamiętać, że ruszyłam dupę, zrobiłam parę kilometrów. 

Ponadto pozbyłam się sporej ilości włosów u lokalnej fryzjerki, odwiedziłam po długiej przerwie ulubioną kawiarnię, a także niemniej ukochany park (w najcieplejszy październikowy dzień oczywiście), porobiłam trochę jesiennych fotek już moim mocno sędziwym telefonem... A że na nowo piździ i leje, może by tak też dać znak życia tutaj? 

Myślałam, że mało kogo już ten blog interesuje, ale ostatnio zauważyłam zadziwiająco dużą ilość wejść jak na tak długą nieobecność. Nie wiem, komu chciało się tracić czas na moje stare żenujące posty, ale niech już sobie ma tę rozrywkę. 

A na razie kontynuuję celebrację mojej ulubionej pory roku, choć bez kubka w liściowe wzory, bo wolę te prawdziwe liście. 

Ale zmianę czasu mogliby w końcu łaskawie znieść. 







czwartek, 28 listopada 2024

Czy ktoś jeszcze czyta blogi?

No witam. Czy ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda? Nie zdziwiłabym się, jeśli nie. Są w końcu soszjale, jak na przykład robiący furorę Threads, i nikt już chyba nie został ze starej blogowej paczki, z którą tu w podobnym czasie zaczynałam. Ale to nic: powrót planowałam tak czy siak. 

Mała przerwa na uroczy widok z początku jesieni uchwycony moim starym Oppo. No nie znoszę listopada. 


Długo zbierałam się do tego, by coś tu naskrobać. W końcu siedzę po uszy w wielkim życiowym gównie, więc tym w dużej mierze wypadałoby się zająć. No ale fakt odmawiania sobie każdej możliwej przyjemności wcale nie sprawi, że będzie mi lżej. Nakazałam więc sobie odpierdolić się od siebie i po prostu pisać.
A co w takim razie z rodziną, bądź innymi osobami, którym coś tu napisane może się nie spodobać lub dojdą do jakichś mylnych wniosków? No cóż, po to mam aparat mowy, by pewne nieporozumienia wyjaśniać jak osoba dorosła z innymi dorosłymi. 

Przyznam się, że rzadko czytam to, co napisałam tu lata temu, zbyt wielki ogarnia mnie cringe, no ale to jednak jest jakiś dowód na to, że mniej lub bardziej rozwijam się jako osoba. Bo i kto powiedział, że po trzydziestce nie jest to możliwe? I zabawne jest, że swego czasu znalazły się osoby, którym chciało się przez całe to archiwum przekopywać. Ale śmiech to zdrowie podobno, więc niech się pośmieją. Przynajmniej póki nie uznam, że wywalę całą tę żenadę. 

A co tam u mnie? W dalszym ciągu nie robię niczego spektakularnego, nie licząc chociażby napieprzania w wolnych chwilach słynnego miliona kroków, o ile pogoda na to pozwala. I czasem tak znajduję pieniądze :D

No, to chociaż jedna pasja odkopana. Trzymajcie się i do przeczytania! 


sobota, 13 stycznia 2024

2023 - podsumowanie

 


Jest prawie połowa stycznia, a ja dopiero zabieram się za podsumowanie roku. Czy mnie pojebało? Być może. Inna sprawa, że pewnie wielu z Was nie spodziewało się, że jeszcze kiedykolwiek tu zawitam. Też się przez dłuższy czas nie spodziewałam, szczerze mówiąc. No to jaki był ten mój 2023? 

Powitałam trójkę z przodu i tragedia się nie stała. Nie mam więcej zmarszczek, niż wcześniej, a plecy również nie bolą mnie tak często, jak to głoszą memy. Oby to ostatnie trwało jak najdłużej!

Byłam częściej w Łodzi w porównaniu do lat poprzednich. Było szlajanie się w poszukiwaniu kolejnych murali, czy odwiedzenie ZOO i Orientarium. Inna sprawa, że ani na chwilę nie przekroczyłam nawet granic swojego województwa, co dawno mi się nie zdarzało. Bywa. 

Chciałam wrócić do jeżdżenia na koncerty, bo kilka mnie interesowało, ale koniec końców wylądowałam tylko na jednym. Niemniej Łydka Grubasa dała czadu w mojej rodzinnej Rozprzy. 

Przeczytałam 39 książek. Ale z nikim się nie ścigam przecież. 

Co jakiś czas cięłam i rozjaśniałam włosy, ale do szalonych kolorów póki co nie wróciłam.

Tradycyjnie pozbyłam się miliona zbędnych rzeczy, być może najwięcej w życiu, niemniej ciężko nazwać mnie minimalistką. 

Raz w zdrapce wygrałam niewyobrażalną fortunę, za którą ułożę sobie życie. Stówę. 

Przez długie miesiące zastanawiałam się, czy jeszcze w ogóle potrzebuję bloga. Chyba tak. 


niedziela, 12 marca 2023

Kiedyś to była młodzież...

 


... teraz to nie ma młodzieży. My tacy nie byliśmy! My tak się nie zachowywaliśmy! Popierdoliło ich od tego dobrobytu i social mediów!

Tak, było nas jedenaścioro i mieszkaliśmy w jeziorze. 

Nie, nie będzie to tekst o narzekaniu starszych osób na młodych, jest już od tego na Fejsbuku grupa, gdzie robimy sobie bekę oraz tłumaczymy, dlaczego takie rozumowanie często jest błędne. O dziwo, udziela się ono również niektórym moim rówieśnikom. 30 - letni boomerzy. Czy to nie zabawne? Może by tak im przypomnieć, jak to za naszych czasów było(tak, zdaję sobie sprawę z tego, że sama teraz brzmię boomersko)? Oj, było!

Pamiętam, jak w gimnazjum, na jednej z lekcji niemieckiego, paru chłopaków śpiewało "hej hej chuju" (młoda nauczycielka nijak nie dawała sobie rady z młodzieżą). Pamiętam, jak śmieci wylatywały przez szkolne okna. Pamiętam, jak wiele osób puszczało ze swoich Nokii, czy innych Sony Ericssonów kawałki o przygodnym ruchaniu na imprezie, gdy tylko rodzice i nauczyciele nie słyszeli. Pamiętam, że tymi samymi telefonami kręciło się naprawdę przypałowe filmy i takie też zdjęcia (dobrze, że soszjale nie były tak mocno rozwinięte), o ile pamięci wystarczało. Pamiętam, że im większą lokalną gwiazdą byłeś (zwykle o zasięgu szkolnym/gminnym), tym częściej na twoim fotoblogu pojawiały się zdjęcia z używkami w roli głównej. Pamiętam, że ludzie opowiadali po weekendzie o ostatnim pijaństwie. Pamiętam też, że moi rówieśnicy wcale nie używali mniejszej ilości wulgaryzmów od dzisiejszej młodzieży. 

I co? Nico. Co najmniej część wyszła jakoś tam na ludzi. Zresztą młodość jest od robienia głupot i sama żałuję, że zbytnio nie poszalałam w tamtym okresie, bo i nie miałam ku temu warunków - oprócz życia z dala od wszystkiego, byłam jeszcze mocno kontrolowana przez rodzinę i tylko cudem jakiś tam ochłap nie docierał do tych ludzi. A teraz zbytnio mi się szaleć nie chce, no chyba że z włosami (tak, to też miałam zabronione jako nastolatka). 

Z pewnością również dzisiejsza młodzież będzie się dziwiła kiedyś swojemu obecnemu zachowaniu, bo jednak cały czas się zmieniamy. Przestańcie więc robić z siebie to najświętsze pokolenie. 

sobota, 28 stycznia 2023

#30

 


Przez długi czas byłam przekonana, że nie dożyję tego wieku. A jednak jestem. Dobrze to, czy źle? Czas pokaże. W każdym razie, moje samopoczucie jest dziś względnie dobre. A bywało gorzej. 

Mówi się, że ten wiek jest przełomowy. Że jeśli nie osiągniesz nic do tego czasu, to już się to nie zmieni. Ty przegrywie! A tak naprawdę niejedna osoba na świecie udowodniła, że to pierdolenie jest. I nie każdemu też zależy na byciu sławnym, czy bogatym. Dobrze jest sobie stawiać choć małe cele, gdy coś nam w życiu wadzi, ale to mają być NASZE cele, a nie babci, wujka Janusza, czy jakiejś dziuni z Instagrama. 

Mówi się też, że ten wiek jest ostatnim dzwonkiem na staranie się o dziecko. Kolejny bullshit, bo i trochę starsze kobiety często rodzą zdrowe. Zresztą, z obecnym stanem mojej wiedzy o sobie, życiu i polskiej chujni cieszę się, że matką nie zostałam. Byłby to naprawdę popierdolony pomysł, i to nawet gdyby warunki materialne były na dobrym poziomie. Nie przekazując kiepskich wzorców, które miałam nieszczęście otrzymać, czynię dobro na rzecz zdrowia psychicznego Cebulandii. 

Wiem już z całą pewnością, że nie jestem nieśmiertelna, w związku z czym muszę bardziej dbać o swoje szeroko rozumiane zdrowie. Wciąż nie jestem codzienną bywalczynią wszelkich przychodni, ale to może się niebawem zmienić. 

Wciąż bawi mnie, że ludzie dają mi często mniej lat, niż faktycznie mam. Patrząc w lustro, jak najbardziej widzę swoje lata i nie robię z tego tragedii. 

No, to obym jeszcze trochę pożyła, bo mam o czym mówić, czy tam pisać. 

sobota, 31 grudnia 2022

2022 - podsumowanie

No hej! Przed nami ostatnie godziny tego roku, więc jak zwykle z tej okazji, napiszę swoje podsumowanie. Jaki był dla mnie 2022?

To był rok, w którym obchodziłam swoje ostatnie urodziny z dwójką z przodu. Trochę mnie to dobiło, ale koniec końców uznałam, że to nie oznacza automatycznie końca świata i życia. 

Zaliczyłam trochę wyjazdów, zwłaszcza w okresie od czerwca do listopada. Najwięcej czasu, bo 3 dni spędziłam w Warszawie. 


W dalszym ciągu pozbywałam się tego, co zbędne, kupowałam także w większości to, co faktycznie było mi potrzebne. W dalszym ciągu nie określiłabym siebie jednak mianem minimalistki. 

Zadbałam w końcu o jako taki rozwój, chociażby o poprawę swojego angielskiego. I naprawdę jest z nim coraz lepiej. 

Przeczytałam zawrotną liczbę 36 książek. 

Byłam mocno aktywna na Instagramie. Nie oznacza to jednak, że nagle zaczęłam nadmiernie epatować swoją prywatą, bo są jakieś granice. No i ważne, że poznałam wiele ciekawych kont, z których mogę czerpać naukę. 

W miarę możliwości dystansowałam się od toksycznych osób, a lista niestety jest spora. 

Blog poszedł na długie miesiące w odstawkę i nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czemu. 

Na dwa dni przed końcem roku wygrałam 5 dych w zdrapce. Czyżby to zwiastowało bogactwo? :D

No cóż, szczęśliwego 2023!




czwartek, 10 listopada 2022

Powrót na stare śmieci

 


Od czego by tu zacząć po tak długiej przerwie? Czy ktoś w ogóle tu jeszcze zagląda? Choć na ostatnie pytanie mogę odpowiedzieć twierdząco: dziwne hasła wpisywane w Google mówią same za siebie. Wygląda na to, że wracam. No to witajcie. Jak tam żyćko?

Czy mam w ogóle po co wracać? W końcu stara ekipa blogowych ziomków przesiaduje głównie na Instagramie (ja też, żeby nie było), nieliczni również na TikToku (choć to ostatnie medium lubią jednak bardziej ludzie tak z kilkanaście lat od nas młodsi). Nie myślę, że któraś z tych osób również na nowo opublikuje coś na Blogspocie i w sumie się im nie dziwię, skoro większa szansa na interakcje jest na soszjalach właśnie. 

Jednak na Blogspocie nikt nie usunie mi posta (przynajmniej tak było przez wszystkie lata mojego przesiadywania tutaj), czy nie da shadowbana (tę ostatnią sytuację zaliczyłam na Instagramie parę miesięcy temu, choć nie złamałam regulaminu) ot tak, przez jakąś pierdołę, algorytmy itp. Także jest to bezpieczniejsza opcja, by pisać o czym dusza zapragnie. Oczywiście zero tolerancji dla treści homofobicznych, rasistowskich i innych zjebanych, o ile faktycznie takimi są, a nie że spadnie grupa rowerowa xD 

Już dawno zbierałam się, by coś tu naskrobać, jednak stwierdziłam, że to i tamto się pewnie nie nadaje. Chociaż czy rzeczywiście? Zresztą, i tak nigdy nie waliły tu dzikie tłumy, więc może by tak to olać i po prostu robić swoje? Tak właśnie zamierzam.






niedziela, 3 kwietnia 2022

Przegryw na Instagramie


Budzisz się rano lub kiedy tam musisz. Jak każdego innego dnia, od razu chwytasz za smartfona i sprawdzasz, co tam u ludzi na Instagramie. Znów łapiesz doła. Ale z ciebie przegryw!

Nigdy nie byłeś za granicą, a nawet odwiedzenie Warszawy wydaje się być wyczynem ponad twoje możliwości (a nie masz do niej wcale tak daleko). Często nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Twoje zainteresowania trudno nazwać oryginalnymi. Nie zarabiasz na swojej pasji. Twoja twarz nigdy nie wygląda dobrze. Nie umiesz się świetnie ubrać.
Wszyscy żyją lepiej, ciekawiej, pełniej niż ty!

Może ktoś czasem wspomni, że dziecko mu zachorowało, praca nie daje satysfakcji i czasem nie ma na nic siły, ale i tak robi to w otoczeniu sojowych świeczek i mebli vintage.

Możliwe, że czasem się śmiejesz z tych swoich myśli, zwłaszcza gdy szkolne lata, kiedy to wypadało być fajnym, masz już dawno za sobą. I nawet coś w tym swoim życiu lubisz, choćby i w ułamku procenta, ale zawsze. 

Niby przydałoby się na Instagramie więcej zmarszczek, siwych włosów, schabowego, bałaganu, ale czy na pewno chcemy coś takiego oglądać? A czy nie krzywimy się jeszcze bardziej, gdy ktoś wrzuca  niewyraźne zdjęcie, jakby był 2012 rok? A przecież nie każdy chce być influencerem. I nie każdy chce na siłę udowadniać, że wygrał życie.


sobota, 29 stycznia 2022

#29

  

Ostatnie urodziny z dwójką z przodu. Trochę mi z tym dziwnie, ale z drugiej strony ten wiek nie musi oznaczać końca świata. Zmarszczki nie pogłębiły mi się aż tak bardzo od poprzednich urodzin. Ból pleców jeszcze nie daje się codziennie we znaki. Nadal żyję jakoś tam.

W dalszym ciągu nie zamierzam, przynajmniej w pewnym stopniu, podejmować takich samych wyborów jak większość ludzi w moim jakże sędziwym wieku, ale wcale nie uważam, bym była przez to lepsza. Gorsza też nie. Żyjmy i dajmy żyć innym, o ile ich czyny nie krzywdzą nas, czy kraju, w którym żyjemy. 

Na pewno nie jestem za stara na różowe włosy, czy sukienkę w tęczę i jednorożce. Może nigdy nie będę, kto wie. W ogóle zadziwia mnie moja chęć do eksperymentów z wyglądem z jednoczesną niechęcią do zwracania na siebie uwagi na codzień :D

W porównaniu do poprzednich lat, w większym stopniu jestem, niż posiadam, ale jednocześnie nie określiłabym siebie mianem minimalistki. Rozpierdol w pokoju jest tylko odrobinę mniej patologiczny. 

Zwracam większą uwagę na swoje zdrowie, bo w końcu dociera do mnie upływ lat. Ale też bez przesady, nie odwiedzam codziennie przychodni. Jeszcze. 

Coraz mniej etykietek używam odnośnie swojej osoby. Po prostu jestem. 

czwartek, 13 stycznia 2022

2021 - podsumowanie

 


Przed chwilą ktoś trafił na tego bloga po haśle zbliża się czas na pierdolenie nowy rok nowa ja. I w sumie coś w tym jest. Taka, a nie inna data w kalendarzu nie wymaże magicznie pewnych życiowych problemów, bądź innych rzeczy, które w 2021 lub nawet i wcześniej już były do poprawki. No teraz to dopiero odkryłam Amerykę. To jaki był ten mój miniony już rok?

Dobiłam do 28. urodzin, co nijak nie sprawiło, bym zaczęła nagle rozważać prowadzenie takiego typowego życia ze ślubem w kościele (choć od katolicyzmu się odcinam) i bombelkami. 

Kontynuowałam pozbywanie się tego, co zbędne (czasem nawet zyskałam przy okazji jakiś mały piniądz), i to w większym stopniu, tak porównując z poprzednimi latami. Do tego zwracałam większą uwagę na to, co kupuję i czy w ogóle jest mi potrzebne. Ale też bez skrajności. 

Czasem (szczególnie latem) zdarzały się jakieś kilkugodzinne wypady, zwykle w granicach mojego województwa, ale nie tylko. Dość często, w porównaniu z poprzednimi latami, byłam w Łodzi, wobec której w dalszym ciągu mam ambiwalentne odczucia.

Nadal szalałam z włosami, na których tym razem głównie gościł róż. O dziwo, wyglądało to całkiem fajnie. 

Przypomniałam sobie o dbaniu o własne zdrowie. Najwyższy czas, bo 30stka coraz mocniej puka od spodu. 

Zaszczepiłam się na covida. Trzecia dawka jeszcze przede mną. Oczywiście unikałam jak ognia dyskusji z antyszczepionkowcami, choć niestety nie wszystkich da się wyłączyć jak Fejsbuka. 

W dalszym ciągu nie udawało mi się dotrzeć na protesty odnośnie zaostrzenia prawa aborcyjnego (na inne zresztą też nie), ale chociaż machnęłam podpisik pod projektem ustawy Legalna Aborcja Bez Kompromisów. 

Mocno zaniedbałam bloga. Za to w którymś momencie zaczęłam być bardziej aktywna na Instagramie. Oprócz wrzucania tam czegoś od siebie, chętnie udostępniałam dalej czyjeś wartościowe (przynajmniej według mnie) treści. 

Przeczytałam dość mało książek, ale i tak jest progres względem poprzedniego roku. A zresztą, i tak nigdy nie brałam udziału w wyścigu pt. 52 rocznie, czy jakoś tak.

Zdarzyło mi się być samej w kinie i tak jest chyba nawet lepiej. Polecam to doświadczenie. 

No i to byłoby na tyle. Oby 2022 był w miarę znośny!









wtorek, 21 grudnia 2021

Magia świątecznego zapierdolu

No witam. Pewnie nie spodziewaliście się mnie tak wcześnie? No ja też nie. Święta idą. Wiem, nie macie kalendarzy. Oby tak pięknie posypało jak jeszcze parę dni temu:



Bo wiadomo, że święta bez śniegu to nie święta, ale za to są ich inne elementy, bez których spokojnie można się obyć. 

Weźmy ten doroczny festiwal porządków oraz bycia przy okazji wrzodem na dupie dla tych, którzy mają czelność go olać. Na co ta presja? Czy wy nie sprzątacie przez cały rok? Wątpię. Wielu z nas to robi, gdy ma taką chęć, czy też w którymś momencie zaczyna czuć się niekomfortowo w tym całym rozpierdolu. Albo z nudów, haha. 

No ale wszyscy sprzątają na święta, powiecie zaraz. Przede wszystkim, to jednak nie wszyscy, a przynajmniej nie w aż tak sporym stopniu, by cały dom przetrzepywać. Na Instagramie widziałam zalew dumy z nieumytych okien na przykład. A jeśli jednak, to w takim wypadku nasuwa się pytanie, czy oni są z tym szczęśliwi. Czy chcą, czy uważają, że muszą? 

Nie, ciotka Grażynka nie zauważy tego dwudniowego kurzu na parapecie w salonie. Będzie w końcu zajęta pałaszowaniem pierogów, czy też wspominaniem, że kiedyś to było, a teraz to ni ma. 

W ogóle na co tyle potraw? Nawet pięć na Wigilii to za dużo zważywszy na dość późną porę i fakt, że za parę godzin i tak całe towarzystwo wyląduje w śpiulkolocie (takie ostatnio modne, śmieszne słówko oznaczające miejsce do spania). A na drugi dzień nie da rady nic przełknąć. No ni chuja. 

Wesołych świąt! 















środa, 17 listopada 2021

Uroki późnej jesieni


Takie obrazki w rodzaju tego powyżej należą na razie do przeszłości. Do tego zimno, powietrze wręcz mroźne, zmagania z mgłą (czy też jej ostrym cieniem, jak kto woli) i utratą głosu, rower w garażu na parę miesięcy i tryb życia przełączony na "wychodzę, kiedy muszę". A gdy wyjątkowo nie muszę, jest kocyk, herbatka, książka, social media i na co tam jeszcze sobie pozwolę. Można na przykład jeszcze odświeżyć blogaska. 

Ostatnio pewne okoliczności życiowe zmusiły mnie do przejechania się emzetką właściwie na koniec Piotrkowa, do OBI. Przed wejściem stało kilka choinek, a nawet nie było jeszcze połowy listopada, a co tu mówić o grudniu. Choć to jeszcze nic, bo w takim Kiku ozdoby świąteczne były już chyba w sierpniu. I jeszcze przedwczesne wzniecanie tu i ówdzie świątecznej atmosfery piosenką Last Christmas, która z wesołymi świętami ma tyle wspólnego, co ja z rodziną królewską. 

Ale spokojnie, na co dzień mam wyjebane na to całe przedwczesne szaleństwo. Zapewne w jakimś stopniu pomaga mi w tym fakt, że w domowym zaciszu nie słucham radia, ani nie oglądam telewizji. Także nie słyszę pińcet razy o niskich cenach w Media Expert. 

I naprawdę nie muszę czekać na święta z porządkami, już mam posprzątane. Wyłącznie dla własnego komfortu oczywiście. 

I jeszcze wspaniałe jest to, że gdy jednak nawet i w takie zimno zechce mi się wybrać do parku, będzie cudownie, bo będzie mało ludzi, w tym na bank odpadnie jakaś część gimbusów puszczających ze smartfonów hity Ekipy, czy kto tam teraz jest na topie. 

Dobra, co tu mówić, i tak lubię późną jesień. 



niedziela, 10 października 2021

Upadek wartości w social mediach

Pochylmy się dziś nad obrazkiem, który, jak to się mówi, już z milion razy okrążył internety i został przeruchany bardziej niż niejedna gwiazda porno (z całym szacunkiem do gwiazd porno!).




Nie wiem, co Gigi, autorka, miała konkretnie na myśli w trakcie tworzenia tegoż, za to na pewnej fejsbukowej grupie od razu wydano wyrok: dziewczyna po prawej jest tą wartościową, a ta po lewej nic sobą nie reprezentuje i niesprawiedliwe jest, że tyle lajków otrzymała. Szybka ocena w miejscu, gdzie teoretycznie zebrali się ludzie zdolni do patrzenia nieco szerzej.

A przecież z tego obrazka da się wyciągnąć znacznie więcej. Pewnie nie odkryję Ameryki podczas wyłuszczania tego wszystkiego, ale trudno. No to zaczynajmy!

Tradycyjnie zacznę od tego, jak to za moich czasów było z tymi lajkami. Jedni mieli ich więcej, inni mniej, czyli tak jak dziś. Ale system promowania, udostępniania czego się da nie był jeszcze tak zaawansowany jak obecnie, także liczyło się, jak bardzo popularny w lokalnym środowisku (np. szkole) jesteś. Także miałeś to bogate życie towarzyskie, a na imprezach u swych ziomków poznawałeś dodatkowo kolejnych ludzi, co zwiększało szansę na kolejne lajki na fotoblogu, czy później także Facebooku. Oczywiście osoby popularne były też często atrakcyjne wizualnie, ale nawet jeśli fotka była rozmazana i przedstawiała gołębia srającego do Wisły, i tak lajki się sypały ot tak.  

Czasy się jednak zmieniły. Oczywiście lokalne "fejmy" (czy tak się jeszcze dzisiaj mówi w ogóle?) wciąż mają na start te sto polubień lub więcej, ale "przegrywy" bez znajomych, i to jeszcze w dobie Instagrama i TikToka, nie są dziś na straconej pozycji. Pytanie, czy ta dziewczyna po prawej w ogóle chce być influencerką lub kimś w ten deseń, bo sprawia wrażenie, jakby chciała się schować. Może dopiero nieśmiało zaczyna swoją przygodę z Instagramem i nie wie, z czym się to je. Może być też tak, że te 15 lajków ją zadowala. A jeśli jednak chce trochę atencji otrzymać, to są na to sposoby, niektóre jawne, inne pewnie zdradzone, gdy sypnie groszem jakiejś tam znanej personie.  I nie, nie musi się rozbierać. 

Ale co właściwie złego jest w odsłonięciu odrobiny ciała? Dlaczego wielu z nas aż tak bardzo to przeszkadza? Być może wzięło się to z wychowania. Nasze matki i babki były mistrzyniami w gruntowaniu cnót niewieścich, co miało swoje korzenie w katolicyzmie. Swoje doprawiały jeszcze koleżanki i nauczycielki, które podobne "nauki" odebrały. Zresztą po dziś dzień to głównie kobiety kobietom dopierdalają. I to nawet tym obcym, w internetach. Jakby nie mogły zabrać się za przepracowanie toksycznych przekonań, którymi nasiąkały od pierwszych chwil życia i w konsekwencji których ze sporym prawdopodobieństwem mają chujowe relacje z własnymi ciałami. 

Muszę przyznać, że w życiu nie kupiłabym obrazu przedstawiającego gówno (choć nie zdziwiłabym się, gdyby kogoś jednak on zaintrygował uznając, że jest to przejaw specyficznego poczucia humoru autorki), ale rany, jakie ta dziewczyna ma zajebiste włosy! No ale coś czuję, że to z tą po prawej mam więcej wspólnego. Innymi słowy, obie otrzymałyby ode mnie lajki na Instagramie. 






niedziela, 4 lipca 2021

Inność na wsi. Co ludzie powiedzą?


Jak powszechnie wiadomo, mieszkam na zadupiu. Przy czym nie jest to taka miejscowość, która równie dobrze mogłaby być małym miasteczkiem, a prawdziwie wsiowa wieś. Taka na może dwieście mieszkańców, gdzie przestrzeganie pewnych zwyczajów, tradycji, norm czy jak tam zwał wciąż ma się całkiem dobrze. Nie oznacza to jednak, że istnieje obowiązek życia według nich.

Ale i tak od najmłodszych lat mówiono mi, że opinia innych ludzi jest ważna. Że oni coś powiedzą, jeśli się w jakiś sposób wychylisz. I nikt nie wytłumaczył mi, dlaczego niby mam się tym przejmować. Zamiast tego groźbami, szantażami wmuszano we mnie konformizm. Bo tak to robię wstyd. Tak, wstyd był bardziej istotny od tego, jak się w danej sytuacji czułam (zresztą nikt mnie o to nie pytał) robiąc coś totalnie wbrew sobie. Nie zmieniało się to nawet, gdy osiągnęłam pełnoletność. Masz się dostosować i już!

No ale w końcu musi przyjść taki moment, kiedy ten dyskomfort związany z życiem życiem, które nie jest twoje jest jakoś bardziej odczuwalny. I zaczynasz, może z pewną dozą nieśmiałości i lęku, robić swoje. I robiłam. I jakoś świat się od tego nie zawalił. A pomyśleć, że lata temu uznawałam chociażby zaprzestanie pojawiania się w kościele za wielki akt odwagi. A co tu mówić o farbowaniu włosów na dziwne kolory i innych "skandalach" :D

W międzyczasie dotarło do mnie, że ludzie nie powiedzą nic. Są zbytnio zajęci własnymi problemami, by jeszcze myśleć o moich poczynaniach. Ogółem mają na mnie wyjebane. A jeśli jednak? No cóż, chyba nie mam obowiązku odpowiadania za zaściankowe myślenie innych. 

Chyba wielu z nas to przerabiało, prawda? Nawet niekoniecznie na wsiach, ale i w małych miasteczkach. Ten brak możliwości wyrażania siebie, bo "co ludzie powiedzą". 

Być może nasi bliscy chcieli dobrze, ale
finalne skutki były opłakane. Niejeden skończył z nerwicą czy depresją, bał się kontaktów społecznych i wyrażania własnego zdania, zrezygnował z pasji... A to wszystko z powodu jakichś tam ludzi, którzy może coś powiedzą. Ludzi, których prawdopodobnie nasi rodzice czy dziadkowie nawet nie lubili. Ale i tak mieliśmy nie robić wstydu.

Najgorsze, że pomimo lepszego dostępu do informacji (a tym samym możliwości otwarcia się na różnorodność) to się tak prędko nie skończy...

niedziela, 25 kwietnia 2021

Nastolatki chcą być influencerkami


Kiedyś to było. Kiedyś to młodzież myślała poważnie o życiu. Chcieli być lekarzami, nauczycielami, prawnikami. A teraz? W dupie się poprzewracało od tego dobrobytu i internetów! Chcą być influęserami jakimiś, czy jak się to nazywa! Świat się kończy!

Bitch, please!

Niedawno organizacja o nazwie Inspiring Girls Polska zleciła badanie zawodowych preferencji dziewcząt w wieku 10-15 lat. Okazało się, że najwięcej z nich (prawie połowa) chce być influencerkami, youtuberkami, tiktokerkami itp. Ale umówmy się, że jednak obu płci to dotyczy. Takie tam atrakcyjne zawody na miarę naszych czasów. 

Jestem starą babą pod trzydziestkę. Tak, z tego ponoć legendarnego ostatniego pokolenia, które to w dzieciństwie spędzało całe dnie na dworze, a następne to już tylko w tych smartfonach i nic więcej. Huehue. A tak już bardziej serio, faktem jest, że za naszych czasów (brzmię pewnie teraz jak jakiś boomer, trudno) Internet wyglądał inaczej i bywało, że mieliśmy z nim po raz pierwszy styczność w późniejszym wieku, niż dzisiejsza młodzież. 

Pamiętam, że na jednej z pierwszych lekcji informatyki w podstawówce nauczyciel chciał wiedzieć, kto ma w domu komputer. Czaicie to? Nawet nie internet, a sam komputer. Klasa liczyła dwadzieścia parę osób, a ręce do góry podniosły może trzy lub cztery. Ani ja, ani mój kuzyn nie znajdowaliśmy się w tym gronie. Dla wielu z nas było to pewnie pierwsze zetknięcie z tego typu sprzętem, no chyba, że ktoś ze znajomych jeszcze go miał. Albo w kafejce internetowej. Takie rzeczy w 2003.

Oczywiście z czasem u wielu z nas dostęp do sieci był standardem, choćby i na jedynym komputerze w całym domu, często ciężkim pudle, choć i płaskie monitory u co niektórych się pojawiały. Siedzieliśmy na forach. Prowadziliśmy blogi na Onecie lub innym z licznych wówczas tego typu portali. Pisaliśmy ze znajomymi na GG. Mieliśmy jakieś media społecznościowe typu Nasza Klasa czy Epuls. Wrzucaliśmy zdjęcia na te dwa portale lub jakieś fotoblogi (albo i jedno, i drugie), bo i wtedy atencja musiała się co niektórym zgadzać. YouTube dopiero raczkował i mało kto tam coś wrzucał, o ile w ogóle. Na Facebooku zaczęliśmy pojawiać się będąc w liceum lub później. Na Instagrama weszliśmy jako dorośli ludzie. A Tik Tok to już w ogóle kojarzy się z nastolatkami, ale i tu niektórzy starsi ludzie działają. 

Ale i tak to od naszego pokolenia zaczęło się to całe szaleństwo z zarabianiem w social mediach. Po dziś dzień zresztą wiele znanych nazwisk tamże to Millenialsi właśnie. Choć raz na jakiś czas można też usłyszeć o jakiejś babci influencerce na przykład, ale to nie z Polski raczej. 

Jaka była moja pierwsza reakcja na wieść, że nastolatki chcą zarabiać w social mediach? Stwierdziłam, że bardzo dobrze! Po jaką cholerę mają od poniedziałku do piątku, po osiem lub dwanaście godzin dziennie, tyrać w gównianej pracy za najniższą krajową? Pracy, gdzie w dodatku dostaną opierdol za  zbyt wolne tempo, czy stosowany jest mobbing. Skoro więc widzą jakąś alternatywę, to czemu by nie skorzystać? 
Oczywiście nie wszyscy "ludzie internetów" zarabiają nie wiadomo jaką fortunę, ale czemu by nie spróbować? Ba, ja sama też bym się w to pobawiła, gdybym miała jakieś ciekawe pomysły. Na razie jednak moja kreatywność zrobiła sobie wolne. 

Słyszy się, że taka praca to nie praca, a młodzież chciałaby dostawać pieniądze za opierdalanie się. Może i nie jestem aż tak mocno obeznana w temacie, ale na pierwszy rzut oka widać, że to też jest zapierdol. To całe tworzenie ciekawego contentu, promowanie go, głowienie się nad sprawami finansowymi, częsta aktywność gdzie się da (bo tak to nie istniejesz), znalezienie ludzi pomagających w ogarnianiu tego wszystkiego. I pewnie z milion innych rzeczy, o których nie wiem. 

No dobra, ktoś powie, ale co, jeśli to będą jakieś roznegliżowane dziunie, agresywnie reklamujące jakiś shit? Albo jakieś filmiki głupawe? No i co z tego? Nikt nie każe nam tego oglądać. Sama nie oglądam, bo najwyraźniej nie do mnie to miało trafić. 
Także młodzieży, do dzieła!

PS. Ale patostreamy to sobie odpuśćcie!






 

środa, 24 lutego 2021

Żyć i dać żyć innym?

 


Być może jest tak, że niektórzy lubią być prowadzeni za rączkę. To takie znajome. W końcu w dzieciństwie (a nawet i później) stale słyszeliśmy od rodziców, co wolno, a czego nie. Nie możesz się przyjaźnić z Karoliną z IIIc, bo ta pali i przeklina. Nie możesz wyjść w tej bluzce do szkoły. Siedź prosto. Nie czytaj różowych stron z Bravo. Z seksem zaczekaj do ślubu. Blablabla.Wiecznie na uwięzi.

W pewnym momencie być może przestaje się to zauważać. I potem wybieramy rząd, który mocno wpieprza się w życie obywateli. A nawet jeśli nie, to sami uważamy, że mamy obowiązek mówienia innym, co mają ze sobą zrobić. Bo nasz sposób na życie jest przecież tym najwłaściwszym. Taa, nasz...

A może bliżej prawdy jest to, że jesteśmy mocno niezadowoleni ze swojego życia i stąd to wszystko? Przecież nikt nie może mieć lepiej, więc będziemy karmić innych trucizną. I to nie tyczy się tylko najbliższych krewnych, ale też na przykład przyjaciół, współpracowników. Ba, nawet przypadkowemu przechodniowi mijanemu na ulicy niejeden z nas wytknie, że ta fryzura to była modna z 10 lat temu, a teraz to wieś. 

Zaraz ktoś się zapyta, po co tak generalizuję. A czy nie jest tak, że siedzimy w tym wszyscy? Tak, wszyscy. Nawet ci bardziej postępowi, oczytani, pro choice (czy też za takowych się uważający) i tak dalej. Wręcz odnoszę wrażenie, że to się dzieje jakoś tak automatycznie, poza nami. A może to tylko taka wymówka i w rzeczywistości da się to okiełznać? 



sobota, 30 stycznia 2021

#28



 Jakimś cudem dożyłam 28 lat. 28 lat, dwudziestego ósmego - nawet całkiem fajnie to wygląda. Ale czy w ogóle jest z czego się cieszyć? Sama nie wiem. Rok temu było inaczej. 

Rok temu było bardzo inaczej i dlatego wówczas z okazji "starości" napisałam coś dość optymistycznego jak na mnie. Miałam jako tako nadzieję, że będzie lepiej i ciut więcej chęci do działania, niż zazwyczaj. Snułam plany na najbliższe lata, ale bez konkretnych terminów ważności. Miało być fajnie po prostu. I przez chwilę było. 

Rok temu coś tam się już słyszało o tym całym koronawirusie, ale nikt nie traktował jeszcze sprawy poważnie. Jeszcze nie zamknięto nas w domach i nie nosiło się tych cholernych maseczek. Jeszcze jak większość z nas żyłam załatwianiem bieżących spraw, bo nic nie było pozamykane. 

Rok temu nie było niemalże całkowitego zakazu aborcji. XXI wiek, centrum Europy, a zmierzamy do zwiększenia ilości ludzkich tragedii. Jakbyśmy już wystarczająco nie mieli przejebane żyjąc w Kraju Kwitnącej Cebuli Obsranym Gównem. Ochrona życia poczętego, a potem radź se sam. A raczej sama, bo facet często spieprza, gdy dziecko urodzi się chore. Wypierdalać!

Rok temu byłam pewna, że choć odrobinę wiem, po co żyję, dokąd zmierzam, takie tam. A gdzie tam! Nic nie wiem, a coraz młodsza się przecież nie robię. Ale to nie jest teraz największy problem. 

Nie życzcie mi sto lat, bo tyle dożyć nie chcę.



sobota, 16 stycznia 2021

2020 - podsumowanie

 


Ach, co to był za rok! Rok, który najlepiej będzie zapomnieć i spuścić w kiblu. Rok trudny, ale może uda się też trochę pozytywów z niego wyłuskać jakimś cudem. Z pewnością nie jestem w tym myśleniu odosobniona. No to jaki był ten mój ZOZO?

27. urodziny normalnie spędziłam w rodzinnym gronie, bo jeszcze nie było czegoś takiego jak lockdown i w ogóle koronawirus nie wydawał się być jeszcze aż tak poważnym problemem. 

Choć wieść o wiosennym lockdownie przyjęłam dobrze, ostatecznie już po kilkunastu dniach miałam go dość (powiedziała introwertyczka). W dodatku nie spędziłam tego okresu tak produktywnie, jak zamierzałam. 

Napisałam najmniej tekstów w całej historii bloga. I tylko z tego jestem w miarę zadowolona. 

Byłam zaledwie 2 razy w Łodzi, choć daleko nie mam i w ogóle nie opuściłam nawet na chwilę swojego województwa. 

Co parę miesięcy moje włosy robiły się krótsze i w dodatku w przeróżnych dziwnych kolorach. I nie zanosi się, bym w najbliższym czasie miała z tym skończyć. Hasztag #alternatywka :D

Wyjątkowo mało udzielałam się w social mediach w porównaniu z wcześniejszymi latami. I tak jednak często byłam przebodźcowana obserwując, co wrzucają inni. 

Pozbywałam się większej ilości rzeczy, niż kupowałam. Bardziej skupiłam się na tym, czego naprawdę potrzebuję. Robiłam również czystki w plikach na telefonie i kontach obserwowanych na Instagramie. Ogółem polecam!

Przeczytałam zaledwie kilka książek, z czego zdecydowanie nie jestem zadowolona. 

Nie byłam na jesiennych protestach, choć wyrażałam na to chęć. Ale cóż, nie wszystko da się przeskoczyć. I w internetach też można ***** ***. 

Święta Bożego Narodzenia, w porównaniu z Wielkanocą, spędziłam z rodziną i było jak zwykle w porządku. 

Żadnych postanowień na 2021 nie robiłam, bo na co mi to. Niech po prostu wróci normalność. I tyle.











wtorek, 29 grudnia 2020

Drugi lockdown. Jak żyć?

 


Czy znów zamkną nas w domach? To pytanie od jakiegoś czasu zarówno mi, jak i wielu innym osobom nie dawało spokoju. Aż któregoś dnia zdecydowałam się zadać podobne na Instagramie. Choć moje zasięgi tamże są jakie są (no nie umiem w autopromocję), jakimś cudem odezwało się wówczas te kilkadziesiąt osób. Zdania były podzielone, ale z minimalną przewagą NIE. I ma to sens zważywszy na gospodarkę w ruinie. Z drugiej jednak strony poczynania miłościwie (huehue) panującego nam rządu są często nie tylko wbrew logice, ale i rozumowi i godności człowieka. 

Właściwie mamy teraz niemalże powrót do tego, co było wcześniej. Dobra, wyjść z domów jeszcze możemy. Sklepy w galeriach znów są otwarte, co by Janusze z Grażynami mogli nakupić milion niepotrzebnych rzeczy. I łaskawie nie zamknięto nam tym razem terenów zielonych. Mało kto korzysta z możliwości chodzenia tamże w obecną pogodę, ale ja jak najbardziej. 

Zbliżają się święta. A czy w ogóle będą jakieś święta? Może właśnie wtedy nas pozamykają? Ale na razie jak co roku, wszędzie leci Last Christmas i inne takie. Ludzie wciąż kupują prezenty dla bliskich jakby nigdy nic. I przystrajają wnętrza domów kiczowatymi ozdobami. I mają do tego prawo. Już Wielkanocy w tym roku nie było, co dla przynajmniej części mieszkańców naszego smutnego kraju było nie do zniesienia. 

Znajdą się jednak i tacy, którzy cieszyliby się z odwołanych świąt. Bo nie są tacy, jak rodzina by chciała i daje ona im to do zrozumienia m. in. w czasie składania życzeń. Bo jak to tak można być lewakiem/kochać kogoś tej samej płci/farbować włosy na turkusowo/nie jeść mięsa. Obyś zmądrzał i wrócił na właściwą drogę! Oczywiście nie u każdego tak jest, ale niejedną taką historię gdzieś słyszeliśmy. 

Inni, jak na przykład ja, nienawidzą tej krzątaniny, tego przymusu przedświątecznego zapierdalania. Jakby w inny dzień już się, kurwa, nie dało domu czy tam mieszkania na błysk odpicować. A nawet jeśli rząd odwoła i te święta, i tak nie uniknie się pretensji, bo śmiało się przez chwilę poleżeć. Ot tak. Bo tak się utarło. Bo wszyscy sprzątają. A może wcale nie wszyscy? I czy na pewno od tego są święta?

Przyjmijmy, że jednak łaskawie zamkną nas trochę później. Jak to przeżyjemy?

Być może znów będziemy snuć plany na dobre (przynajmniej według nas) zagospodarowanie tego czasu. A gdy nas na nowo z domów wypuszczą, pochwalimy się w mediach społecznościowych tym, co nam się udało, co tam osiągnęliśmy. Bo bez tego dziś ponoć nie istniejemy. I nie ma właściwie w tym nic złego (sama zresztą czasem pogratuluję komuś sukcesu pod postem na Fejsie/Instagramie dotyczącym tegoż), ale widzę też drugą stronę medalu. 

Wielu z nas czuje presję na bycie w cholerę produktywnymi, a teraz to już szczególnie, skoro spędzamy w domach więcej czasu, a tym samym i przed ekranami komputerów czy smartfonów. Tak więc wchodzimy w te Internety i widzimy ludzi, którzy coś ze swoim życiem robią, i to oczywiście więcej od nas. Czy to w porządku, że się robi mniej? Ależ jak najbardziej, powiedziałabym. Już wystarczająco nam ten rok dowalił, więc po co jeszcze bardziej się katować? Może to nie ten czas na podbijanie świata po prostu.

Koniec końców, świąt nam tak do końca nie odwołano, ale tak miało za to stać się z Sylwestrem. Jednak i to wydaje się już być nieaktualne. Sama szczególnie imprezowa nie jestem, ale rozumiem potrzebę co niektórych, by wypić za 2021 rok w nadziei, że ten już nie okaże się tak chujowy. I oby faktycznie nie był!




czwartek, 5 listopada 2020

Czy jesteś przegrywem życiowym?




Kim jest przegryw życiowy? Czy to ktoś, komu nie udało się stracić dziewictwa przed dwudziestką? Ktoś bez najnowszego modelu Ajfona? Ktoś bez towarzyskich planów na najbliższy weekend? Ktoś nieatrakcyjny fizycznie (choć to akurat jest rzecz względna)? Ktoś, kto nigdy nie był w Warszawie czy za granicą? Ktoś biedny? Ktoś bez pracy z gatunku tych, którymi można się wszem i wobec chwalić? Ta lista nigdy się nie kończy. Czy jest sens w ogóle taką tworzyć?

Dawniej odnośnie przegranego życia słyszałam o osobach w co najmniej średnim wieku. Dajmy na to, ktoś ostro harował, by jego dziecko miało te same modne i wypasione rzeczy, co jego rówieśnicy. Wiązało się to z ciągłymi nieobecnościami w domu. Teraz to dziecko nie chce go znać. Albo kogoś innego przerosła sytuacja, w której się znalazł. W rezultacie zaczął pić i po jakimś czasie stał się bezdomny.

W którymś momencie dowiedziałam się, że za przegrywów uważają się również ludzie znacznie młodsi. Oczywiście zaraz znalazł się ktoś uważający, że w dupie im się poprzewracało. Przed nimi w końcu całe życie, więc nie mają prawa tak twierdzić, czy to mają lat 15, czy nawet 30.  Ale czy na pewno?

Wszystkim przecież życie rozdaje po równo, czyż nie?

Jeśli cofniemy się wstecz, do czasów szkolnych, na pewno przypomnimy sobie o kimś, kogo nie było na żadnej lub prawie żadnej wycieczce. Do tego noszone przez niego ciuchy w stanie gorszym niż szmata do podłogi, liczne rodzeństwo, bieda, patologia, w domu brak warunków do nauki i samorozwoju. Ten ktoś mógł nie puszczać informacji o swojej sytuacji "w świat", ale ludzie i tak coś niecoś wiedzieli, zwłaszcza jeśli mowa o takiej typowej prowincji, gdzie wszyscy się znali lub przynajmniej tak im się wydawało. Inne dzieciaki od kogoś takiego się separowały, bądź uprzykrzały mu życie. Czy ktoś reagował, starał się pomóc? A gdzie tam! Totalna wyjebka. No cudowny start w życie, nie ma co!

Większość z nas jednak pochodzi z przynajmniej trochę lepiej sytuowanych rodzin. Także porządne najedzenie się było czymś normalnym. Nie musieliśmy gnieździć się w pięć lub więcej osób w jednym pomieszczeniu, więc warunki do nauki jako tako były. Ciuchy niekoniecznie markowe, ale i tak całkiem w porządku. Co niektórzy nawet mieli całkiem niezłe telefony, jak na tamte czasy. Nie byliśmy na ogół wykluczeni ze szkolnych wycieczek, a i na wypad do kina czy jakiejś tam tańszej restauracji ze znajomymi trochę grosza się czasem znalazło. Czyli takie podstawy, które powinny być czymś powszechnym. Nie oznacza to jednak, że w każdym domu było idealnie. Ciężko to jednak było dostrzec, jeśli nasz wygląd i zachowanie nie odbiegały od powszechnie uznanej "normalności". 

W wielu przypadkach nasi rodzice zwyczajnie w świecie zjebali. Nawet jeśli jakimś cudem nie stosowali przemocy fizycznej (w co śmiem wątpić), to zawsze zostawały słowa. Słowa, które niszczyły. Które nas blokowały i nadal blokują nawet  kilkanaście/kilkadziesiąt lat po ich usłyszeniu. 

Niekoniecznie chcieli źle. Może zbyt mocno przesiąknęli czasami PRL-u, w których dorastali (i które według opowieści ich czy dziadków musiały być mocno chujowe) i nie wierzyli, że można mieć w miarę fajne życie. Może od swoich rodziców słyszeli niezbyt pozytywne przekonania o sobie, świecie, życiu i potem przenosili je na nas. Może nie wiedzieli, że da się inaczej. Nie mieli w końcu tak szerokiego dostępu do wiedzy, jaki my mamy obecnie. No ale zjebali. 

Oczywiście słyszymy, że jak tak można zwalać na rodziców winę za własne życiowe niepowodzenia. Najlepiej jest użalać się nad sobą i szukać wymówek, by nic nie robić ze swoim życiem! A przecież zazwyczaj jednak coś robimy, bo musimy. Bo nie mamy, kurwa, nastu lat już od dawna, a piniądz z nieba nie spadnie. Nie trzeba jednak być magistrem psychologii czy kimś w ten deseń, by w którymś momencie móc zczaić, że przeszłość ma wpływ na teraźniejszość (no shit, Sherlock!). 

Życie często samo w sobie jest chujowe, zwłaszcza żyjąc w Polsce, także nawet co niektórych ludzi wychowanych w zdrowych, wspierających rodzinach pewne sytuacje przerosną, ale ci od toksycznych rodziców dźwigają dodatkowy bagaż. I potem się słyszy o depresji, nerwicy, lęku przed ludźmi i życiem, zaburzeniach odżywiania, nadmiernym perfekcjonizmie i wielu innych atrakcjach. O ile ktoś czuje się w miarę na siłach, podejmuje walkę o siebie, wyprowadza się, idzie na terapię, ale nie ma gwarancji, że wyjdzie z tej walki zwycięsko. 

No dobra, niech będzie, ktoś powie, ale co w takim razie z nastolatkami, których głównym zmartwieniem jest brak dziewczyny/chłopaka czy butów z Adidasa? Albo niedostateczna ilość polubień pod zdjęciami na Instagramie. W dupach się poprzewracało! Za parę lat zobaczą, co to prawdziwe problemy! A skąd niby wiadomo, że to ich jedyne problemy?

Jakże łatwo nam zapomnieć, że też to przerabialiśmy. W tym wieku potrzeba akceptacji ze strony innych jest spora. Też nie chcieliśmy być gorsi, stawać w rzędzie z jakimś dziwakami. A wykluczenie boli. Co niektórzy w pogoni za byciem cool narobili trochę głupot. I kłamali, jakiego to zajebistego życia nie prowadzili poza szkołą. I zazdrościli tej czy tamtemu zagranicznych podróży, powodzenia u płci przeciwnej, modnych w tamtych czasach ciuchów... Been there, done that. 

Po latach zdajemy sobie sprawę, że to wszystko niekoniecznie musiało decydować o dalszym życiu, a przynajmniej nie w aż tak wielkim stopniu. Zresztą zmieniają nam się priorytety, a dawne szkolne dramy rozmywają się coraz bardziej w naszej pamięci. Z obecnymi nastolatkami być może też tak będzie, a teraz dajmy im żyć. 

No dobra, nie ma co się oszukiwać: w czasie koronawirusa wszyscy mamy mniej lub bardziej przejebane!